Search This Blog

Polecany post

Les beaux jours d'Aranjuez

Trafiając w próżnię, czyli „Piękne dni” Wima Wendersa.

Skowyt

PSALM GINSBERGA

Widziałem najlepsze umysły mego pokolenia zniszczone szaleństwem, głodne histeryczne nagie, włóczące się o świcie po murzyńskich dzielnicach w poszukiwaniu wściekłej dawki haszu, anielogłowych hipstersów spragnionych pradawnego niebiańskiego podłączenia do gwiezdnej prądnicy w maszynerii nocy, którzy w nędzy łachmanach z zapadniętymi oczyma w transie czuwali paląc w nadnaturalnych ciemnościach tanich mieszkań, płynąc poprzez dachy miast, kontemplując jazz… – Allen Ginsberg, Skowyt (frag.)

Kuriozalne i zadziwiające zarazem, zdaje się to, że Rob Epstein i Jeffrey Friedman, osoby które w swojej nienagannej sztuce panowania nad narracją swoich produkcji dokumentalnych – produkcji tworzonych
pod ciasnym krawatem formy; przy najnowszym dziele zarzucają dobrze im znane podejście do kreowanych historii, w których właśnie dyscyplina, wręcz rygor przy nakręcaniu całej spirali fabularnej wydawałby się tak uzasadniony i pożądany.

Skowyt (już od 30 marca w kinie Sokół) – bo o nim mowa, to film o Allenie Ginsbergu, jego kontrowersyjnym poemacie, który łącząc liryczny patos z wulgaryzmami i karykaturalnym przedstawieniem świata chylącego się ku upadkowi, w latach 50. i 60. wywołał niemało kontrowersji. Jest to również, a może przede wszystkim film o toczącym się procesie przeciwko wydawcy samego „Skowytu”.

W najnowszym dziele Roba Epsteina i Jeffreya Friedmana znajdą się i dramatyczne sceny, żywcem wyjęte ze standartowych dramatów fabularnych; mamy też rekonstrukcję historyczną samego procesu, quasi-dokumentalną formułę zastosowaną podczas przeprowadzania wywiadu-rzeki z Allenem Ginsbergiem (w tej roli niezwykle naturalistyczny James Franco). Dodatkowo kolorowe i abstrakcyjne w formie kolaże animowanych sekwencji, mających na celu zilustrować już i tak niezwykle sugestywny i pełen inwencji twórczej – egzystencjonalny manifest Ginsberga.

Rezultatem jest film przepełniony pasją, jednak brak ukierunkowanej narracji, zmusza widza niejako do odczytywania Skowytu tylko i wyłącznie przez pryzmat samego poematu. Jeżeli uważamy poemat, jako dzieło wybitne, niemal epokowe, to przeplatające się animowane sekwencje scen powinny tylko uprzyjemnić całość monologu, a historyczna otoczka wokół odczytu „Skowytu” w galerii Six w San Francisco, ma dużą szanse nas zaangażować. Ale czy sam „Skowyt” Ginsberga jest dziełem wybitnym, czy jedynie socjologicznym wskaźnikiem rodzącej się kontrkultury?

Prawdą jest, że słuchając „Skowytu” w Skowycie, z każdą minutą obcowania z nim, dochodzimy do odkrycia pewnej smutnej prawdy. Widząc Ginsberga walącego w klawisze swojej maszyny do pisania, gdzie na kolejne dwa, może trzy nieadekwatne (niepożądane?) wersy, jeden jest tym obyczajnym; gdzie rzekoma szablonowość i brak istotnej treści jest rzeczą niedopuszczalną według biegłych sądowych – a gdzieś obok całego zamieszania jest poeta Ginsberg, któremu nie będzie dane spotkać największych umysłów swojego pokolenia, a gdyby nawet miał taką sposobność, to nie wydaje mi się, aby był w stanie ich wtedy rozpoznać.

Należy pogratulować Epsteinowi i Friedmanowi innowacyjnego i pierwszego podejścia do rozpisania pełnej nie-dokumentalnej fabuły. Jednak forma Skowytu jest na tyle osobliwa, że nie każdemu przypadnie do gustu, co można było wyczytać z twarzy widzów po projekcji.

…Moloch! Moloch! Apartamenty robotów! Niewidzialne przedmieścia! skarbce szkieletów! ślepe metropolie! demoniczny przemysł! upiorne narody! nieusuwalne domy wariatów! granitowe chuje! monstrualne bomby! Poskręcali karki wynosząc Molocha do Niebios! Bruki, drzewa, radia, tony! podnosząc do Niebios miasto które istnieje i jest wszędzie wokół! Wizje! omeny! halucynacje! cuda! ekstazy! spłynęły rzeką Ameryki! Sny! adoracje! olśnienia! religie! okręty wrażliwego łajna! Przełomy! rzeczne! uniesienia i ukrzyżowania! zmyte powodzią! Odurzenia! Świta Trzech Króli! Rozpacze! Dziesięcioletnie zwierzęce wrzaski i samobójstwa! Umysły! Nowe miłości! Pokolenie szaleńców! osiadłe na skałach Czasu! Prawdziwy święty śmiech w rzece! Widzieli to wszystko! dzikie oczy! święte wycia! Żegnali! Skakali z dachu! w samotność! powiewając! niosąc kwiaty! Do rzeki! na ulicę! – Allen Ginsberg, Skowyt (frag.)

Ocena: 7/10 (dobry)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz