Search This Blog

Polecany post

Les beaux jours d'Aranjuez

Trafiając w próżnię, czyli „Piękne dni” Wima Wendersa.

Dorwać Gringo

NIEJEDNOZNACZNA KARMA

Zabierając się do recenzowania najnowszego filmu z udziałem Mela Gibsona, wmawiałem sobie, aby skupić się wyłącznie na filmie, nie oceniać go przez pryzmat kontrowersji związanych z postacią Gibsona: podobno antysemity, rzekomo mizogina, być może homofoba i rasisty, na głośnej sprawie z Joe Eszterhasem kończąc, a jednie podzielić się odczuciami po projekcji tegoż to filmu. Właśnie.

Choć porównania do Godzin zemsty Briana Helgelanda wydają się być uzasadnione, to wypada zaznaczyć, że Dorwać Gringo (od 11 maja w kinie Sokół) jest filmem kompletnie różnym od tych tworzonych przez samego Gibsona. Film jest wyjątkowo brutalny i w swojej brutalności niezwykle naturalistyczny. To co odróżnia Dorwać gringo od sztampowych filmów typu zabili go i uciekł, to czarny humor, którego tu pełno, a który tak często stawał się znakiem rozpoznawczym kreowanych przez Gibsona postaci. Jednak bardziej niż do filmów z serii Zabójcza broń, czy też trylogii Mad Max, analogii doszukać się można w filmach typu exploitation klasy B, czy też filmach utrzymanych w stylistyce campu, patrz kontrowersyjny projekt Grindhouse Tarantino i Rodrigueza.

Film rozpoczyna się Gibsonem (wymienionym w napisach końcowych jako Kierowca) i Gibsonem się kończy. Widzimy go w masce klowna, uciekającego przed policyjną nagonką. Jego partner postrzelony w trakcie owego feralnego pościgu, wykrwawia się wprost na pieniądze znajdujące się w torbie obok. Próba uniknięcia aresztowania kończy się rozpaczliwą próbą sforsowania płotu oddzielającego Stany Zjednoczone od Estados Unidos Mexicanos. Lokalna policja zdaje się być niebywale ukontentowana możliwością oddania Kierowcy w ręce amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Ale tylko do momentu, kiedy to na tylnim siedzeniu wozu odkrywają ową torbę z prawie dwoma milionami dolarów, którą rzecz jasna zaraz konfiskują. Aresztowany Gringo Gibson ląduje w meksykańskim więzieniu El Pueblito – więzieniu wielkości małego miasta, zasiedlonego przez nieprzeciętnych bandziorów i ich rodziny, gdzie paradoksalnie większość przestępców zdaje się być lepiej uzbrojona niż strażnicy ich pilnujący. Cała placówka zarządzana jest przez Javi’ego (Daniel Giménez Cacho) i jego braci. Trzymają resztę współwięźniów w ryzach, zapewniając im stały dopływ narkotyków, kobiet, schronienia oraz tak naprawdę wszystkiego, co można pozyskać z zewnątrz. Już zaraz na początku swojej odsiadki, Kierowca poznaje pewnego chłopca (Kevin Hernandez) i jego matkę (Dolores Heredia), wokół których budowana jest cała narracja filmu, a celem nadrzędnym Gringo będzie ucieczka, odzyskanie łupu i odwet na tropiących go wrogach. Ale czy na pewno? 

Tak jak w przypadku Pasji, czy Apocalypto – aktor, producent, ja również scenarzysta Gibson maluje nam przed oczami obraz pewnej cywilizacji oraz niejednoznacznej ścieżki życia. Oglądając Dorwać gringo można odnieść wrażenie, jakoby po raz kolejny Gibson zachłysnął się obraną przez siebie tematyką, a mianowicie – w omawianym wypadku, trybem życia w meksykańskich więzieniach. Jednak w moim odczuciu niemożliwym jest uwierzenie w świat przedstawiony przez Gibsona, reżysera Adriana Grunberga i scenarzystki Stacy Perskie. Świat ten – pełen zdolnych do wszystkiego zwyrodnialców, skorumpowanych i równie niebezpiecznych oddziałów policji, wszechobecnych strzelanin, wybuchów i totalnego chaosu – nakreślony jest nazbyt grubą kreską, aby można było temu dać wiarę. Lepiej złożyć całość na karb obranej przez Gibsona campowej stylistyki i dać temu spokój… 

Zaufanie, jakim obdarzył reżysera Dorwać Gringo Mel Gibson, było strzałem w dziesiątkę. Przez niemal całość filmu z niebywałą zręcznością panuje on nad szaleństwem formy swojego filmu. Oczywiście pomógł fakt, że miał do dyspozycji samego Mela, który był w stanie okiełznać cały ten chaos i przekuć go na urzekające widowisko. Należy zaznaczyć, że minęło sporo czasu odkąd mogliśmy podziwiać na ekranie wyluzowanego Gibsona, a jego kreacja w Dorwać gringo jest tego dobitnym przykładem. Jeżeli tylko widownia będzie stanie wybaczyć mu ostatnie występki, to przekona się jak ujmującym jest artystą. Bo jest. Nadal.  

Ocena: 7/10 (dobry)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz