Search This Blog

Polecany post

Una mujer fantástica

A Natural Woman, czyli „Fantastyczna kobieta” Sebastiána Lelio [ZWIASTUN]

La La Land

Kochajmy marzycieli, czyli „La La Land” Damiena Chazelle'a.

opis filmu: Los Angeles. Pianista jazzowy zakochuje się w początkującej aktorce.

La La Land (2016), reż. Damien Chazelle


recenzja: Damien Chazelle urodził się po to, by nakręcić La La Land (2016), dokopał się do obfitych pokładów inspiracji i stworzył film, który raz wzrusza, to znowu uruchamia, by na powrót wynieść widza w nieskończone konstelacje radości; kolaże, mozaiki, fantastyczne esy-floresy czystego piękna. I o ile wpływy są nie do podważenia, a tradycjonalizm twórców daje o sobie znać na każdym tanecznym wykroku, gdzie rytm i melika idą w tango z walorami technicznymi i opowiadaną historią, reżyser ma w sobie coś z buntownika, który wszak ogląda się za siebie, ale bardziej „kręci” go to, co majaczy już na linii horyzontu. La La Land to nie kolejny musical, ale swoista reinterpretacja gatunku, która w wykonaniu Chazelle'a olśniewa i powoduje, że chce się być częścią jego produkcji, raz jeszcze i po raz kolejny, niezwłocznie po wyrwaniu się z autystycznego stuporu napisów końcowych.

Zagraj to jeszcze raz, Dam!

La La Land startuje z wysokiego C i nie spuszcza z niego palca do samego finału. Zrealizowana na „setkę”, poprowadzona na jednym oddechu scena otwierająca, to majstersztyk nie tyle inscenizacyjny i choreograficzny, co techniczny. Hitchcockowskie trzęsienie ziemi rusza z posad korek uliczny Miasta Aniołów, a potem napięcie zaczyna już tylko rosnąć, by zakończyć się klaksonadą dźwięków i wprowadzeniem głównych bohaterów. Poznajemy więc Sebastiana (Ryan Gosling), pianistę jazzowego, który nie chce grać według utartych reguł. Jest i ona, Mia (Emma Stone), pracująca w Warnerowskim coffee shopie aspirująca aktorka, w przeciwieństwie do Seba, osoba tańcząca jak jej zagrają. I tak oto spotykają się oni: kobieta z przeszłością nieudanych przesłuchań castingowych i mężczyzna po przejściach grania do kotleta, dwójka wykolejeńców życiowych i marzycieli próbujących odczarować szarą rzeczywistość po to, by urzeczywistnić buzujące pod czaszką imperatywy. Zakochują się w sobie i wspierają w nierównej walce sięgania po założone cele. Ich kariery zaczynają nabierać tempa, a zauroczenie przyhamowuje i wchodzi w ostry wiraż. Zaabsorbowani „realizowaniem siebie” Sebastian i Mia muszą więc szybko reagować, stanąć przed sobą i stwierdzić czy kariera w show-bizie ma szanse iść w parze z rodzącym się uczuciem.

W kanalizowaniu emocji La La Land nie ma sobie równych i sprawdza się najpełniej, kiedy opowiada muzycznymi sekwencjami. Scena w planetarium inspirowana fabularnie Buntownikiem bez powodu (Rebel Without a Cause, 1955) Nicholasa Raya, w której bohaterowie płynnie przechodzą z jednego obrazu w drugi, z rzeczywistych przestrzeni, w fantazmatyczne konstelacje gwiazd; kiedy Mia, podczas jednego z przesłuchań nuci niewinną piosenkę z nadzieją i marzeniami w rolach głównych; sekwencje à la Astaire'a, połączenie stepowania, tańca towarzyskiego i baletu; spektakularny finał jako suma, streszczenie i inwersja w jednym tego wszystkiego, co materializowało się na oczach widza przez niemal dwie godziny seansu; do tego zmieniające się jak w kalejdoskopie scenografia i plany, ujęcia, kaskady szybkiego montażu; piosenki, które będziecie nucić jeszcze na długo po wyjściu z sali kinowej, banalnie niebanalna historia Seba i Mii jako synteza tego wszystkiego, czym są-byli dla siebie – to wszystko stanowi z jednej strony prostą opowieść o trudnych wyborach, z drugiej trybut dla gatunku musicalu całej Złotej ery Hollywood i musicalu jako medium, którego nadrzędnym i niepohamowanym celem było dawanie ludziom radości.           

Chazelle ewidentnie faworyzuje długie ujęcia względem szybkich cięć, czego dobitny przykład stanowi scena otwierająca. Jest to o tyle ważne, że daje niesamowitą przestrzeń aktorom, by tym pełniej ukazać prawdę granych przez siebie postaci. Między Stone i Goslingiem, których drogi zawodowe skrzyżowały się przy okazji Kocha, lubi, szanuje (Crazy, Stupid, Love, 2011, G.Ficarra i J. Requa) i Gangster Squad. Pogromcy mafii (Gangster Squad, 2013, R. Fleischer), istnieje wyczuwalna chemia; aktorzy oddali całe serducho na rzecz projektu Chazelle'a, widać to w każdej piosence, którą śpiewają, w każdym tanecznym korku, w każdej sekwencji scen, która poprzez muzykę tłumaczy relacje między Mią a Sebastianem. Dwójka sprawdza się również w scenach nie-tanecznych. Gosling, jako idealista, który z jednej strony nie chce sprzeniewierzyć się mainstreamowi, z drugiej pragnie by elitaryzm, któremu hołduje a któremu na imię Jazz, został zauważony i doceniony, wypada naturalnie i zabawnie. Z kolei Stone graną przez siebie postacią, szczególnie w scenach kolejno odrzucanych przez komisje castingowe ról, budzi u widza empatię i zrozumienie.

La La Land, jako ewidentny spadkobierca gatunku, spełnia swoją naczelną rolę w stu procentach – cieszy oko, raczy ucho, dostarcza rozrywki i sprawia prawdziwą, niekrytą przyjemność. Za banalnym tytułem filmu Chazelle'a kryje się niebanalna historia głównych bohaterów, dla których ściganie się ze swoimi marzeniami jest równie ważne, co łapanie kolejnego oddechu. Mia i Sebastian nie oczekują miłości. Ale kiedy w końcu ją znajdują, zmieniające się na ich oczach sytuacje zmuszają ich do podejmowania decyzji, w jednakowym stopniu wywołujące u widza dreszczyk napięcia, co szczery i niewymuszony uśmiech. La La Land to film kompletny, pozytywny i magiczny, z jednej strony hołd złożony wszystkim musicalom Złotej ery Hollywood, z drugiej ich reinterpretacja i komentarz. Rewelacja.


r e w e l a c y j n y

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz