Search This Blog

Polecany post

Les beaux jours d'Aranjuez

Trafiając w próżnię, czyli „Piękne dni” Wima Wendersa.

ŁAGÓW 2016: Wampiry i wampirzyce

Łagowska impreza zbliża się powoli do półmetka. Trzeci dzień 45. LLF przebiegł pod znakiem wampirycznych debiutów. Bartosz Szarek wybrał się na „Czerwonego pająka” Marcina Koszałki oraz „Córki dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej. Jako trzecia propozycja biorąca udział w Konkursie Głównym zaprezentowany został nasz kandydat do Oscara 2016 – „11 minut” Jerzego Skolimowskiego.         

Uderzające podobieństwo
(recenzja filmu Czerwony pająk, 2015, reż. Marcin Koszałka)

Czerwony pająk (2015), reż. Marcin Koszałka


Nie tylko zemsta smakuje najlepiej, kiedy podana na zimno. Swoim debiutem fabularnym, w którym odbija się doświadczenie nabyte przy tworzeniu dokumentów, jak również pracy operatorskiej, Marcin Koszałka wije gęstą sieć faktu i fikcji, oferując widzowi dwóch seryjnych morderców w cenie jednego. Czerwony pająk (2015), pomimo tego, że niemal całkowicie wykastrowany z gatunkowych prawideł ciągłego podkręcania napięcia, potrafi przykuć uwagę i, co istotne, „wytrzymać” ją do finalnego rozwiązania. Przeplatające się elementy faktu (gdyż za kanwę scenariusz filmu posłużyły Koszałce cechy psychopatyczne takich bestii jak: Karol Kot, znany jako Wampir z Krakowa, osoba Lucjana Staniaka z Katowic i Joachima Knychały z Bytomia, a nawet Mariusza Trynkiewicza z Piotrkowa Trybunalskiego) i folkloru wyrażone w dwóch zwyrodnialcach terroryzujących Kraków lat 60., z tą różnicą, że jeden z nich to autentyk, drugi – nieustępliwy w swoich aspiracjach wymysł spaczonego umysłu.

Kraków, zima 1967 roku. Zmęczeni, wyprani z emocji mieszkańcy tłoczą się przy rozklekotanym, lepkim od brudu autobusie. W powietrzu czuć zgniliznę odpływu – nadziei, sił i wszelkiej celowości. Ponurymi ulicami miasta grasuje seryjny morderca, jego znakiem rozpoznawczym – młotek, którego używa do rozłupywania czaszek swoim ofiarom. Chwilę wcześniej skalista sceneria gdzieś na obrzeżach miasta, u podnóża której wyrasta wesołe miasteczko, staje się areną zapoznawczą lokalnego mistrza w skokach do wody, Karola Kremera (Filip Pławiak), i pewnego weterynarza (Adam Woronowicz). Niedaleko kręcącej się karuzeli Karol znajduje ciało dziecka z rozbitą głową, ale zamiast niezwłocznie o tym donieść, chłopak niespiesznie oddala się z miejsca zbrodni. Wampir z Krakowa został zdemaskowany, ale tylko w umyśle Karola, który postanawia rzucić wyzwanie prawdziwemu oprawcy i zagrać z nim w grę, której nazwa brzmi „Zamiana ról”.

Karol śledzi weterynarza w drodze do pracy i z pracy; kiedy ten spaceruje albo jedzie autobusem. Przytruwa nawet swojego psa, by tym samym zaaranżować spotkanie z mordercą – twarzą w twarz. Początkowo, kiedy dochodzi do wizyty, ich rozmowy podszyte są dwuznacznością; wydaje się jakby rozmawiali szyfrem, słownymi rebusami. Testują się nawzajem; sprawdzają, do jakiej granicy mogą przeciągnąć strunę (pomimo tego, że piłeczka jest i tak po stronie Karola). Podczas kolejnej konfrontacji skoczek bezceremonialnie oznajmia mu, że odkrył prawdę, wypytuje, drąży temat, idąc dalej, poznaje metodologię działania zdemaskowanego psychopaty. Między dwójką zaczyna wytwarzać się pewien chory rodzaj sympatii i szacunku. Chłopak nie gardzi osobą weterynarza. Na swój zdrowo- chororozsądkowy tok rozumowania podziwia go. Osobliwa fascynacją osobą seryjnego mordercy niesie za sobą spore ryzyko, którego chłopak jest świadom. Chciałby dorównać mistrzowi, a nawet spróbować go zastąpić – przejąć jego imię i „chwałę”.

Scenariusz Czerwonego pająka współtworzony z Łukaszem Maciejewskim trzyma rękę na pulsie psychologicznych motywów, którymi kieruje się sprawca zbrodni, tyle że Koszałka odwraca całość na lewą stronę. Reżyser nie stawia sprawy na ostrzu noża; nie rzuca jednoznacznymi oskarżeniami, nie demonizuje ani nie ulega podszeptom prostych wyjaśnień, co dobitnie odzwierciedla finałowa scena filmu. I choć mocno ambiwalentny ton i otwarte zakończenie debiutu Koszałki zapewne podzieli widownię, nie zmienia to faktu, że Czerwony pająk to przede wszystkim niecodzienny przykład dobrego rzemiosła, nie tylko aktorskiego w wykonaniu Woronowicza i Pławiaka, co operatorskiego i kompozytorskiego zarazem. Partytury Petra Ostrouchova, elegancko powściągliwe – insynuujące i niepokojące zarazem zespalają się rzeczowo z cichym żółtawo-zielonym, przydymionym, jarzeniowym światłem, które Koszałka dzierży w dłoni niczym pochodnię, przemierzając ulice zgniłego Krakowa. Bardzo klimatyczne, bardzo brudne, nieszablonowe i godne uwagi kino.


b a r d z o  d o b r y

Zwierzęcy magnetyzm
(recenzja filmu Córki dancingu, 2015, reż. Agnieszka Smoczyńska)

Córki dancingu (2015), reż. Agnieszka Smoczyńska


Ociekający przemocą i seksem debiut fabularny Agnieszki Smoczyńskiej, Córki dancingu (2015), to musical osadzony w warszawskich realiach latach 80., ze striptizem, śledzikiem, setką wódki i dancingowo-dyskotekowym kampem w tle. Jednak film Smoczyńskiej jest czymś znacznie większym niż sumą powyższych składowych. Są jeszcze postaci, bezimienni członkowie zespołu „Figi i Daktyle” koncertujący w jednym z warszawskich klubów z „rozbierankami”: wokalistka (Kinga Preis), perkusista (Andrzej Konopka) i basista (Jakub Gierszał), oraz dwie syrenie wampirzyce – Złota (Michalina Olszańska) i Srebrna (Marta Mazurek), które poznajemy już w pierwszej scenie, kiedy to zjawiają się u nabrzeży Wisły, aby zwabić swoim śpiewem wspomnianą trójkę muzykantów i ich zwyczajnie zjeść. Dzieje się jednak inaczej, gdyż jedna z sióstr, Srebrna, zakochuje się w basiście...    

Syreny przyjmują ludzką formę i zostają przedstawione właścicielowi klubu (Zygmunt Malanowicz). Ten węsząc w dziewczynach biznes, stwierdza, że odtąd „dziewczyny będą robić striptiz” i umilać widowni czas swoim wokalem i urokiem osobistym. Jednak to nie „rozbieranki”, syreni śpiew ani czar młodych dziewczyn, lecz swoiste czary-mary, inicjujące przemianę z kobietek w syreny i na odwrót, powodują, że klub nie może opędzić się od klienteli, która wykłada grube pieniądza, aby tylko doświadczyć niecodziennej przemiany. „Figi i Daktyle” przeflancowują się w tytułowe „Córki dancingu”, które zaczynają dzielić i rządzić warszawską sceną dancingową.    

Córki dancingu z pewnością podzielą widownię, i nie rzecz w kiczowatej ornamentyce, stanowiącej oprawę filmu Smoczyńskiej, ale krwawych scenach gore, przemocy i całkiem sporej ilości golizny. Na korzyść filmu, jako nowoczesnego musicalu, przemawia to, w jaki sposób udaje się reżyserce balansować między przynależną do rzeczywistości ekranowej przestrzenią diegetyczną a totalną fantazyjnością w kontekście sekwencji scen stricte muzycznych. Córki dancingu to film wyreżyserowany w klimacie gotyckiego romansu, ze sporym animuszem, werwą, bez żadnego skrępowania, z rozsadzającymi ekran zdjęciami Kuby Kijowskiego; choreografią, która z jednej strony nęci seksualnością, z drugiej straszy zwierzęcym magnetyzmem, rozpięta między minimalizmem a musicalową bombastyka w stylu Oliver! (1968) Carola Reeda.     

Wszyscy aktorzy w równym stopniu zaangażowali się w wymagający projekt Agnieszki Smoczyńskiej. Kinga Preis jako wokalistka „Córek dancingu” i matka-surogatka syrenich sióstr zarazem, Zygmunt Malanowicz jako „śliski” właściciel klubu ze striptizem oraz Michalina Olszańska i jej Złota, działająca instynktownie, z typowo makiawelicznym typem osobowości, siejąca zniszczenie wszędzie tam, gdzie się pojawi. W Córkach dancingu da się wyczuć narastające napięcie w każdej mającej miejsce w filmie międzyludzkiej interakcji, szaleństwie, na modłę najlepszych gilliamowskich tradycji, w przypadku filmu Smoczyńskiej, stanowiącym prawdziwy oryginał. Ciekawe, choć zapewne nie dla każdego.       


d o b r y

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz