Search This Blog

Polecany post

Green Book

Na pewno, być może, czyli „Green Book” Petera Farrelly'ego.

Manhattan Nocturne

Jedna i ta sama historia, czyli „Tajemnice Manhattanu” Briana DeCubellisa.

opis filmu: Felietonista poczytnego tabloidu sprzedaje czytelnikom morderstwa i skandale. Wkrótce sam znajdzie się w środku jednego z nich.

Tajemnice Manhattanu (2016), reż. Brian DeCubellis




recenzja: Tajemnicze morderstwa. Ludzie władzy i władza pieniądza. Szantaże. Femme fatale, niebezpieczeństwo i samo nakręcająca się paranoja. Zastawione przez Briana DeCubellisa typowe dla klasyków kina noir gatunkowe wnyki połączone z przynętą – towarzyszącą całości sarkastyczną i umęczoną narracją skąpaną w wilgoci i mroku – tworzą momentami zgrabną, głównie jednak nudną i nie do końca udaną próbę przeniesienia w czasy współczesne „taśmowej” dla kryminałów lat 50. stylistyki.

Porter Wren (Adrien Brody) to dziennikarz śledczy, który trzy razy w tygodniu wciska ludziom chaos, grozę i beznadzieję w sposób kompletnie odklejony od obowiązujących standardów efektywnej publicystyki, gdyż kolumna sygnowana jego nazwiskiem ukazuje się jedynie na papierze. Prywatnie Wren ma kochającą żonę Lisę (Jennifer Beals), dwójkę dzieci i jeszcze kilka składowych, które pominę a które wpisują się w archetyp pocztówkowej rodziny. Jednak życie głównego bohatera Tajemnic Manhattanu (Manhattan Nocturne, 2016) zdaje się być dalekie od stabilności. Porter jest postacią ambiwalentną – o dobrych intencjach, ale chwiejnej moralności – której nie sposób w pełni kibicować. Pragnie czegoś, co wykraczałoby poza ramy zwykłego uznania w oczach szefa, kolegów po fachu i vox populi. Wren pragnie rozgłosu, hymnów pochwalnych na swoją cześć i pomnika z brązu, a tak na poważnie, chciałby podzielić się z ogółem czymś istotnym, co wstrząsnęłoby światem publicystyki zanim redagowana przez niego rubryka zostanie starta w internetowy pył.

Punktem zwrotnym Tajemnic Manhattanu staje się poznanie pięknej Caroline (Yvonne Strahovski). Sam fakt, że kobieta wie, kim jest Porter działa na niego budująco i tym bardziej stanowi impuls, by podążyć za nią, niczym za Białym Królikiem, wprost... do jej mieszkania. Tam, oprócz zbliżenia, dochodzi do czegoś jeszcze – zwierzenia ze strony nowo poznanej dziewczyny. Owe wyznanie tyczy się morderstwa jej męża, wpółobłąkanego, acz światowej sławy, reżysera filmowego, Simona (Campbell Scott). Nie trzeba długo dumać, by domyślić się, że kobieta będzie chciała uzyskać wiedzę na temat tego, kto stoi za zabójstwem jej męża, idąc dalej, spróbować „wymusić” na Wrenie zajęcie się sprawą. Ktoś z głową na karku powiedziałby: „Dzięki, ale nie”, ale nie główny bohater filmu DeCubellisa. Wren wie, że dobry artykuł rodzi się wtedy, kiedy autor dostrzega dostatecznie dobry temat i zaczyna węszyć. Jednak śledztwo, ewidentnie porzucone przez wymiar sprawiedliwość, przynosi więcej rozczarowań niż epifanii, całościowo przedstawia się jako w istocie rozpaczliwe błądzenie po omacku. Wren liczy na ślepy traf, który wydaje się być usprawiedliwiony marnymi zdolnościami dedukcji, łączenia faktów i abstrakcyjnego myślenia.

Pełnometrażowy debiut Briana DeCubellisa, mimo sztampy i morza anachronizmów, nosi w sobie pewien nieodparty urok; pretekst, by mimo wszystko, ręka w rękę z głównym bohaterem, eksplorować zawartą w tytule filmu tajemnicę, iść za Wrenem w głąb „Króliczej Nory” – ciemnej strony Manhattanu. Dodatkowo na plus można policzyć reżyserowi sam fakt, że próbował stworzyć z kryminału Colina Harrisona coś równie godnego zapamiętania, dynamicznego, ciętego, z „nerwem” i „mięchem” zarazem – ambitny film neo-noir, na minus – że jedynie w kontekście samego miejsca akcji.

Twórcy Tajemnic Manhattanu nie za bardzo wiedzą, w jaki sposób skanalizować zawarty w książkowym pierwowzorze scenariusza potencjał. Adrien Brody, jeden z bardziej intrygujących aktorów amerykańskich, nieustannie gromadzący pozytywne recenzje, u DeCubellisa w sposób niezwykle sugestywny oddaje zmęczenie i niefrasobliwość granej przez siebie postaci, co rusz pakującej się z jednego szamba w drugie. Wiarygodność Wrena szczęśliwie trafia rykoszetem w sam film, dosłownie o włos ratując go od uzyskania mało zaszczytnego miana „jednego z największych rozczarowań filmowego sezonu”. Chlubnym naddatkiem jest grana przez Campbella Scotta postać obłąkanego filmowca, pojawiającego się w retrospekcjach lub kręconych amatorską kamerą domowych archiwaliach. Jego Simon z jednej strony śmieszy, z drugiej straszy, rzucając na widza upiorny cień osoby „połamanej” psychicznie. Gdyby grane przez resztę obsady postaci były w połowie tak charyzmatyczne jak Campbell w swojej małej, ale jakże wyrazistej roli, Tajemnice Manhattanu zapewne stałyby się czymś więcej iż są w rzeczywistości.

Często bywa tak, że dobre aktorstwo stanowi koło ratunkowe rzucone filmowi. Tak jest i w przypadku Tajemnic Manhattanu. Z filmem DeCubellisa jest jak z profesją Wrena, to festiwal wczorajszych newsów. Ale może w tym leży całe clou sprawy beznamiętnie podsumowane w ostatniej wypowiedzianej przez protagonistę kwestii, że „w zasadzie wszystko to jedna i ta sama historia”.


ś r e d n i

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz