Search This Blog

Polecany post

Una mujer fantástica

A Natural Woman, czyli „Fantastyczna kobieta” Sebastiána Lelio [ZWIASTUN]

Ouija

Ale to już było, czyli „Diabelska plansza Ouija” Stilesa White’a.

zarys fabuły: Ouija, to gra wykorzystująca planszę z literami alfabetu, które wskazywane tworzą odpowiedź na pytania zadawane przez członków seansu spirytystycznego. Bohaterowie filmu używają jej do kontaktu z duchami, na ich odpowiedź nie trzeba czekać długo.

„Diabelska plansza Ouija” (2014), reż. Stiles White
mini-recenzja: „Diabelska plansza Ouija” to kolejna po „Battleship: Bitwa o Ziemię” (2012) adaptacja gry planszowej na licencji japońskiej firmy Hasbro. O ile w przypadku postrzelonego na całej linii, choć przyzwoicie zrealizowanego projektu Petera Berga, który pomimo nader częstego zbaczania w kierunku scenariuszowych mieliznach, dzięki sprawności nie tyle głównego kapitana, co reszty załogi (głównie od efektów specjalnych i postprodukcji), potrafił wypłynąć na otwarte wody jako takiego morału, nienajgorszego aktorstwa i, co najistotniejsze przy tego typu produkcjach – dobrej zabawy. Trafiał i zatapiał jak natchniony. W przypadku debiutu White’a rzeczywistość nie jest aż tak kolorowa. Film zawodzi na całej linii alfabetu – od A do Z. „Diabelska plansza Ouija” to nic innego jak zwykła, ordynarna sklejka innych produkcji gatunku – efekciarski sznyt z „Luster” (2008) Alexandre'a Aji, spreparowana klimatyczność „The Ring”, tego lepszego – Gore’a Verbinskiego (tylko co z tego), fabularna zrzyna z „The Grudge” (2002) Takashiego Shimizu i „Amityville” (2005) Douglasa, a to tylko czubek góry lodowej odniesień i „zapożyczeń” względem kompletnego falstartu White’a. Główny zarzut względem „Diabelskiej planszy…” leży w jego „niefilmowości”, wybornie sprawdza się jako „straszak”, ale na płaszczyźnie wyłącznie dźwiękowej. Film niepokoi nutą – to fakt. Gdyby tak odrzeć „Diabelską planszę…” z obrazu, otrzymalibyśmy pierwszorzędne słuchowisko radiowe dla dorosłych, które mogłoby stanowić poważną konkurencję dla folwarczono-jarmarcznych „Matysiaków”. Film razi przesadnym zadęciem i banalną przewidywalnością, płaskimi dialogami i przeźroczystym aktorstwem, a wystarczyłoby poprowadzić fabułę w kierunku filmów z serii „Oszukać przeznaczenie”, podlać krwawą juchą w stylu „gore” i tchnąć ducha, tego quasi-komediowego, a na efekt nie musielibyśmy długo czekać. A tak otrzymujemy film wtórny, boleśnie szablonową pulpę, gdzie w trakcie oglądania prześladuje nas jedna i ta sama myśl, w kółko, bez końca i od nowa, jedna i ta sama myśl, że – cholera! – już to kiedyś widziałem – martwe dzieciaki, wzgardzona matka i tajemnice skrzętnie schowane na dnie zakurzonego pudła na strychu vel w innym kącie zatęchłej piwnicy. Żadnego poczucia strachu, szczątkowego chociaż zagrożenia, że ktoś ucierpi, bądź może ponieść szkodę, a reżyser nie robi żadnego ruchu, aby zmienić ten niekorzystny stan rzeczy… Dobra, kończmy tę grę.

ocena: 3/10 (słaby)

1 komentarz:

  1. No i git! Kolejny powód by tego nie oglądać, a szczerze miałam zamiar. Zbyt dużo jednak dobrych filmów na widnokręgu, by się na takie rozdrabniać ;-) Tanx i pozdr.

    OdpowiedzUsuń