Search This Blog

Polecany post

Les beaux jours d'Aranjuez

Trafiając w próżnię, czyli „Piękne dni” Wima Wendersa.

Interstellar

Ku pokrzepieniu serc, czyli „Interstellar” Christophera Nolana.

zarys fabuły: Gdy okazuje się, że nasz czas na Ziemi dobiega końca, zespół odkrywców wyrusza na najważniejszą misję w dziejach ludzkości. Badacze podróżują poza granice naszej galaktyki, aby przekonać się, czy rasa ludzka ma szansę przetrwać wśród gwiazd.

„Interstellar” (2014), reż. Christopher Nolan
maxi-recenzja: „Interstellar” to obraz szczelnie wypełniony kliszami z „2001: Odysei kosmicznej” (1968) Kubricka, „Czarnej dziury” (1979) Nelsona, „Grawitacji” (2013) Cuarona na „Solarisie” (1972) Tarkowskiego kończąc; to film-duch, rodzaj epickiego snu we śnie, a właściwie majaku w majaku, któremu można zarzucić wiele – przeźroczystość, banalność, neobarokowy kosmos galaktycznego bełkotu, wysokooktanową niby-złożoność fabularną, która przytłacza, nie proponując niczego nowego względem tego, co zawarte w powyższych produkcjach; miałkość i banalność odbijająca się w najnowszym filmie Nolana, w którym komunał goni komunał, powoduje, że „Interstellar” nie będzie w stanie pozostać z widzem na dłużej niż na czas seansu. Ale czy na pewno?

Tam gdzie Malick brata się z Tarkowskim, a ten policzkuje Cuarona „Interstellar” to bynajmniej nie powtórka z Kubrickowskiej „Odysei…”, i chociaż cień „2001…” kładzie się gęsto na najświeższym projekcie twórcy „Memento” (2010), to „Interstellar” nie pretenduje do miana filmu artystycznego, nie próbuje niczego udowadniać. To film w klimacie „Incepcji” (2010) – porywający, ekspresyjny, choć w przeciwieństwie do niej moralnie czysty i optymistyczny. Fakt, świat przedstawiony przez Nolana to nie sielanka, to cywilizacja w przededniu nadciągającej apokalipsy, z której wyłania się człowiek pozbawiony przynależności do otoczenia, pozbawiony nie tyle warunków naturalnych, w których mógłby egzystować, co miejsca na drabinie społecznej. To przyparty do muru intelektualista, z nożem na gardle, rozdarty między miłością do rodziny a dobrem ogółu, stojący na krawędzi pomieszania i rozpadu uczuć metafizycznych, wyrażonych w upadku roli religii, filozofii, sztuki i ogólnie postępującej degrengolady na wzór „kaligulicznych” orgietek.

Apokalipsa w filmie Nolana to jedynie bodziec, impuls do rozpoczęcia międzygwiezdnej przygody, by na wzór serii Star Trek „śmiało podążać tam, gdzie nie dotarł żaden człowiek”; akceptować niewiedzę i mimo momentów zwątpienia (których nomen omen w filmie jest cała masa), szukać ratunku dla pogrążonej w bezwładzie rasy ludzkiej; by podług słów Dylana Thomasa, co rusz przytaczanych w filmie, walczyć i walczyć, gdy światło traci swoją moc. To czego nie sposób odmówić Nolanowi to potężnej dawki dramatyzmu, którym nastrzykuje swoje niespełna trzygodzinne, pełne wiary, nadziei i miłości, widowisko. A jedynym słońcem staje się człowiek – jego duchowość, instynkt, niezłomny hart ducha i wiara w powodzenie misji. „Interstellar” wygrywa momentami i pocztówkowością. Roztańczony pył ludzkiego świata wyrażony w postaci inżyniera-pilota Coopera (Matthew McConaughey) i załogi statku Endurance (na uwagę zasługuje mało wymagająca, choć ciekawie rozpisana rola Anne Hathaway), do tego bezkres Saturna, w którego orbicie szukają wybawienia, to sceny, które mocno zapadają w pamięć. Potęga i bezmiar natury zestawiony z zuchwałością wielkiego-małego człowieka.

Film Nolana nie uniknie porównań z „Odyseją kosmiczną”, „Solarisem” czy też późną twórczością Terrence'a Malicka, i abstrahując od kolosalnych różnic w warstwie artystycznej, poetyckiej czy realizatorskiej, coś łączy te filmy z „Interstellar” – intymność ludzkich emocji i pragnień; miłość i cierpienie, samotność i rozpacz względem tego, co jest, a tego, do czego możemy aspirować… Być może się powtarzam, ale ostatnie lata to istna orgia nieprzeciętnie zrealizowanych filmów z gatunku sci-fi. „Interstellar” śmiało można wpisać w poczet solidnie zrealizowanych hollywoodzkich blockbusterów, który nie sili się na drugi „Solaris”, który cieszy oko – ku pokrzepieniu serc. 

ocena: 6/10 (niezły)

3 komentarze:

  1. Dobry, wyważony ton. Celne porównania do Malicka.

    "Potęga i bezmiar natury zestawiony z zuchwałością wielkiego-małego człowieka." Oj tak.
    Bardzo fajnie się to czyta Bartosz. No i dobrze że tekst jest pozbawiony takich histerycznych emocji, jakimi obdarzyłem miejscami swój :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, dzięki za miłe słowa... a propos Twojej recenzji jestem w stanie znaleźć wiele punktów wspólnych z moją, a co do "zeszklonych oczu", to fakt, też tak miałem, ale w scenie, w której Coop przegląda wideodzienniki po powrocie z jednej z planet, chyba Millera, na której każda spędzona godzina trwała 23 lata... fuck, chyba staję się zbyt sentymentalny. Pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Też się pokusiłam o subiektywny komentarz na blogu.

    OdpowiedzUsuń