Search This Blog

Polecany post

Green Book

Na pewno, być może, czyli „Green Book” Petera Farrelly'ego.

Song to Song

Od krawężnika do muru, czyli „Song to Song” Terrence'a Malicka.

opis fabuły: Dwa osobliwe trójkąty miłosne. Obsesja i zdrada, dla których tłem staje się scena muzyczna Austin w Teksasie.

Song to Song (2017), reż. Terrence Malick


recenzja: Obserwacja, czucie, zaduma, rozmarzenie. Nowy-stary film Terrence'a Malicka, znajomy, bo posklejany z opatrzonych klisz, które nadawały ton jego poprzednim produkcjom (Drzewo życia [The Tree of Life, 2011], Wątpliwość [To the Wonder, 2012], Rycerz pucharów [Knight of Cups, 2015]), wywoła u widza jedną z dwóch możliwych do przewidzenia reakcji. Albo rozpłyniecie się w syntezie kadrów, albo uciekniecie z sali kinowej z triumfalnym poczuciem prawa do folgowania swojej złości i irytacji. Panie i Panowie, przed Państwem Terrence Malick – geniusz dla jednych, dla innych grafoman. Od lat recepta na jego kino jest jedna: „Lead, follow or get the hell out of the way!”

Każdy, kto w miarę kojarzy kino twórcy Voyage of Time (2016) i przy wyborze piątkowej premiery sugerował się opisem fabuły, ten wie, że nie dostanie z niego za wiele. Song to Song (2017) to żadne tam „współczesne love story rozgrywające się w świecie muzycznej bohemy”. W filmie próżno szukać też szaleńczo zakochanych w sobie marzycieli pragnących miłości i zaistnienia w muzycznym świecie. Nazywanie po imieniu głównych bohaterów też mija się z jakąkolwiek celowością. Protagoniści, tfu!, manekiny Malicka to cienie samych siebie, straceńcy, którzy robią, co mogą, by „uczepić się” życia. Skutek tego jest bardziej niż opłakany. 

Kukły Malicka (no może za wyjątkiem granej przez Natalie Portman Rhondy) to nonkonformiści na pokaz. Z trudem przychodzi im być sobą, gdyż wychodzą z założenia, że nie ma w nich nic szczególnego. Zapomnieli, kim są i czyimi są. Stąd przyjęta przez nich poza i pretensja. Nie mają punktu zaczepienia, korzeni, do których mogliby powrócić. Poszukiwanie szczęścia i miłości w świecie zeżartym, strawionym i wydalonym przez seks, narkotyki i pieniądze, musi siłą rzeczy skończyć się twardym lądowaniem. Jak stwierdza ze smutkiem grana przez Rooney Marę Fay: „Chcieliśmy żyć swobodnie, od piosenki do piosenki, od pocałunku do pocałunku”. W Song to Song, jak w życiu – piękne są tylko chwile. Próżno tam szukać postaci z krwi i kości, z którymi, zwyczajnie, tak po ludzku, moglibyśmy iść ręka w rękę przez kaznodziejski świat przedstawiony. Kult rock'n'rollowego stylu życia to zaledwie tło, a pojawiający się na planie filmu liczni muzycy grający samych siebie: Anthony Kiedis, Chad Smith, Josh Klinghoffer oraz Flee z Red Hot Chili Peppers, Patti Smith, Iggy Pop, John Lydon czy Lykke Li, nie wnoszą wiele ponad „papierosa, pogaduchy i strojenie głupich min”.

Typowa dla Malicka kreacjonistyczna egzaltacja w Song to Song ustępuję pod naporem człowieczeństwa w jego majestacie, ale i „plwocinie” współczesności, gdzie na równi z mamoną, koneksjami i władzą, liczy się hedonizm tu-i-teraz. Przecież przeszłości nie ma – bo już była i umarła. Przyszłości też nie ma, gdyż jeszcze się nie narodziła. A więc można śmiało zawtórować tytułowej postaci opus magnum Johanna Wolfganga von Goethego: „Trwaj, chwilo, jakie jesteś piękna”. Bohaterowie zachowują się tak, jakby nie było śmierci, albo istniała tylko śmierć. Bardziej przypominają żywe truchła, zombie, życiobiorne wampiry niż istoty ludzkie. Pasożytują na sobie nawzajem aż do całkowitego nasycenie, a gdy już to nastąpi – każde idzie w swoją stronę. A powroty? Występują, ale stanowią jedynie wyraz początku wiadomego końca.

U Malicka bez zmian. Niby wszystko się zmienia, ale nic się nie zmienia. Nadal bardziej od kreślenia psychologii bohaterów, twórcę interesuje obserwacja i ekspozycja. Ikonografię reżysera uszlachetniają: geniusz operatorski Emmanuela Lubezkiego, fascynujące improwizacje aktorskie w wykonaniu Goslinga, Fassbendera i Mary, oraz fenomenalne udźwiękowienie. Terrence Malick po raz kolejny nie zaskoczył, tworząc film, w którym pretensjonalność i poza płynnie przenikają się z naturalnością, a rozniecająca się w momencie ekstaza, szybko gaśnie od podmuchu niespełnienia.  

W jednej ze scen Song to Song pada stwierdzenie, że każde doświadczenie jest lepsze niż jego brak. Nie sposób się z tym nie zgodzić. Przecież doświadczyć rano świeżo zaparzonej kawy, papieru toaletowego w łazience, gdy udamy się za potrzebą czy czystej bielizny po intensywny dniu jest lepsze niż ich brak. Nowy Malick to kino monumentalne, ale i oczywiste, wyniosłe i dumne, wymagające od widza pełnego poddania się filmowej materii, przyjęcia z całym dobrodziejstwem inwentarza, i zarazem bez żadnej dozy krytycyzmu, wszystkiego tego, co w obecnych czasach anachroniczne i przebrzmiałe. Trudne, żeby nie powiedzieć – niemożliwe.


ś r e d n i

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz