Search This Blog

Polecany post

The Dark Tower

Nierówna walka, czyli „Mroczna wieża” Nikolaja Arcela.

Little Men

Boyhood, czyli „Mali mężczyźni” Iry Sachsa.

opis filmu: Relacja dwójki nowych przyjaciół zostaje wystawiona na próbę przez kłótnie ich rodziców.

Mali mężczyźni (2016), reż. Ira Sachs


recenzja: W jednym z wywiadów udzielonych przez Pedro Almodóvara, reżyser wyjaśnił dlaczego zdecydował się akurat na opowiadania Alice Munro, na podstawie których zrealizował swój ostatni film – Julietę (2016). Twórca Volver (2006) stwierdził wówczas, że bohaterowie okazali się dla niego bardziej tajemniczy na końcu opowiadanej historii niż na początku. Kiedy czytałem wywiad, przecierałem oczy ze zdumienia. Po projekcji Małych mężczyzn (Little Men, 2016) Iry Sachsa zrozumiałem, co reżyser miał na myśli.

Mali mężczyźni to sztandarowy przykład filmu, który stawia na czystość inscenizacji i prostotę przekazu. Kameralność historii natomiast niesie ze sobą potężny ładunek emocjonalny, więc każdy, komu przypadł do gustu Paterson (2016) Jima Jarmuscha, Motyl Still Alice (Still Alice, 2014) tandemu reżysersko scenopisarskiego Glatzer-Westmoreland, a w szczególności Sezon na kaczki (Temporada de patos, 2004) Fernando Eimbcke i Boyhood (2014) Richarda Linklatera, tego zauroczy intymny świat przedstawiony autorstwa Sachsa.

Reżyser ponownie nawiązał współpracę z Mauricio Zachariasem, współscenarzystą jego dwóch ostatnich obrazów – Zostań ze mną (Keep the Lights On, 2012) i Miłość jest zagadką (Love Is Strange, 2014), a inspiracją dla powstania filmu stała się postać najbardziej japońskiego z japońskich twórców – Yasujirô Ozu, a konkretnie jego dwóch pozycji: Urodziłem się, ale… (Otona no miru ehon – Umarete wa mita keredo, 1932) oraz Dzień dobry (Ohayô, 1959), które przedstawiają historię dzieci, z różnych powodów buntujących się przeciwko swoim rodzicom. 

Pierwszego z przekornych – Jake'a (Theo Taplitz), poznajemy w momencie, kiedy wspólnie z rodzicami wyprowadza się z Manhattanu do odziedziczonego po niedawno zmarłym dziadku mieszkania na Brooklynie. Z kolei drugi chłopiec – Tony (Michael Barbieri), mieszka z matką, która od lat odnajmuję suterenę kamienicy, gdzie prowadzi butik z odzieżą. Mimo że chłopców dzieli niemal wszystko, z marszu zaprzyjaźniają się ze sobą. Ich znajomość w szybkim czasie zostaje wystawiona na poważną próbę, gdy pomiędzy ich rodzinami zachodzi konflikt, którego podłożem stają się finanse.

Mali mężczyźni przywodzą na myśl oscarowe Rozstanie (Jodaeiye Nader az Simin, 2011) Asghara Farhadiego, w którym obserwowaliśmy zderzenie dwóch rodzin wywodzących się różnych środowisk i klas. I choć kontekst nie jest tak tragiczny jak u twórcy Klienta (Forushande, 2016), jedno pozostaje niezmienne. Mianowicie to, że punkt widzenia zawsze zależy od punktu siedzenia. 

Film Sachsa z jednej strony traktuje o przyjaźni i więzach rodzinnych, na których cieniem kładą się pieniądz i gentryfikacja, z drugiej strony jest to niesiląca się na tani melodramatyzm przypowieść o tym, czym dla dorosłych jest świat dziecka i vice versa. W jednej z bardziej katartycznych scen filmu, Brian (Greg Kinnear), ojciec Jake'a, stwierdza, że jedną z trudniejszych prawd do przyswojenia dla młodej osoby jest uświadomienie sobie, że rodzice też są ludźmi, popełniają błędy, robią to, co w ich najszczerszym mniemaniu jest dobre, za każdym razem próbując wrócić do czasów, kiedy sami byli młodzi. I w tym miejscu można zarzucić reżyserowi, że sięga po oczywistości. Wiadomo, dzieci buntują się zastanemu porządkowi rzeczy i dziwią się światu, dorośli z kolei będą szukać ratunku w racjonalizmie i akceptacji. Podziw natomiast budzi fakt, że reżyser potrafił przekuć owe frazesy, historię o wiadomym początku w opowieść o intrygującym rozwinięciu i frapującym zakończeniu. I na własną rękę, ze ślepym oddaniem godnym największych pochwał i bezwzględnym posłuszeństwem niewolnika, w ciągu niespełna półtoragodzinnego metrażu przygląda się swoim tuzinkowym bohaterom – w czarno-białym i jednowymiarowym świecie zdominowanym przez autokreację i pretekst.

Nie spodziewajcie się po Małych mężczyznach filmu z hollywoodzkim happy endem, finałowego objawienia i fajerwerków, prędzej cut-scenek z życia, które według Sachsa nie muszą mieć z powyższym nic wspólnego. 


b a r d z o  d o b r y

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz