Search This Blog

Polecany post

Una mujer fantástica

A Natural Woman, czyli „Fantastyczna kobieta” Sebastiána Lelio [ZWIASTUN]

Umrika

Wiedza ogólna, czyli „Umrika” Prashanta Naira.

opis filmu: Ramakant wyjeżdża do Ameryki, by odnaleźć brata, który nie daje znaku życia od kilku lat.

„Umrika” (2015), reż. Prashant Nair
recenzja:­ Suraj Sharma, odtwórca postaci Pi Patela z oscarowej produkcji Anga Lee, i Tony Revolori znany szerszej publiczności za sprawą „Grand Budapest Hotel” (2014) Wesa Andersona i roli wiernego podwładnego Pana konsjerża Gustave'a H, boya hotelowego o aparycji jelonka Bambi i charyzmie żadnej, dla mnie osobiście stanowili sztandarowy powód, dla którego postanowiłem obrać kurs na najnowszą produkcję Prashanta Naira – „Umrikę” (2015). Kiedy zawiedzie scenariusz, pomyślałem – jako że słodko-gorzkich dramatów z motywem dojrzewania w cieniu migracji i kryzysu tożsamości mieliśmy już na kopy – dwójka aktorów ma duże szanse uratować film, być gwarantem dobrej gry aktorskiej i udanego filmu w ogóle. Niestety, nie tym razem... 

Punktem zapalnym filmu Prashanta staje się wybór życiowy pewnego młodzieńca – Udaia (Prateik Babbar) – który postanawia opuścić swoją hinduską wioskę i udać się do Stanów, aby tam realizować swój własny American Dream. Pozostali mieszkańcy wioski, z apodyktyczną i rozhisteryzowaną matką Udaia na czele, czekają na jakiekolwiek bądź znak życia z jego strony. Szczęśliwie, po pewnym czasie do rodziny zaczynają napływać listy, w których to syn z wielką emfazą rozpisuje się o swoich niebywałych sukcesach na obczyźnie. Uradowana matka nie zdaje sobie jednak sprawy, że owe przesyłki to jedna wielka grubymi nićmi szyta mistyfikacja, która wyszła spod igły jej męża (nie bez pomocy wuja dwójki chłopców, wioskowego listonosza). Kiedy w wyniku nieszczęśliwego wypadku ginie ojciec, młodszy brat – Rama (Suraj Sharma) – odkrywa całą prawdę o „lewych” listach i zaczyna węszyć w wyjeździe Udaia jeden wielki blef. Tak więc i on postanawia opuścić rodzinny dom i wyjaśnić sprawę zaginięcia brata.

„Umrika” to prosta historia o wydawałoby się trudnych wyborach, stanowiąca zapis podróży Ramy do wielkiego, złego miasta, by dowiedzieć się, co tak naprawdę przydarzyło się jego bratu. Szczęśliwie, pomimo fabularnego „potencjału”, reżyser nie prowadzi swojego filmu w kierunku ckliwego melodramatu. „Umrika” to międzykulturowy komentarz z subtelnie rozmieszczonym humorem; kino inicjacyjne, którego finał pozostawia wiele do życzenie, i dla wielu zapewne okaże się mało satysfakcjonujący. Prashant wystawia swoich bohaterów – karmionych popkulturowym mitem i tabloidową mistyką – na kurs kolizyjny ze swoimi wyobrażeniami na temat amerykańskiej krainy mlekiem i miodem płynącej, gdzie wszystkim żyje się lepiej, bez biedy i głodu-ni-chłodu. Do zderzenia z wielowymiarową rzeczywistością dochodzi stosunkowo szybko, iluzoryczne spazmy inicjacji ustępują miejsca suchej akceptacji, zachwyt związany z „kolonizowaniem” Ameryki z perspektywy fotela – gorzkim rozczarowaniem, kiedy to bohaterowie postanawiają ruszyć z niego swoje „cztery litery”.       

Prashant wymyśla koło na nowo, wyważa otwarte już wieki temu drzwi, i choć trzeba przyznać, że robi to na własnych autonomicznych zasadach, to jego film z każdą kolejną minutą bardziej traci niż zyskuje. Fakt faktem, „Umrika” nie rości sobie żadnych pretensji do rangi filmowego arcydzieła vel kolejnej perły w koronie światowej kinematografii; swoim przesłaniem nie odkrywa też niczego nowego, bardziej umoralnia i przypomina o pewnych uniwersalnych prawdach. Film jest stosunkowo przewidywalny; kolejne twisty i rewelacje można wyczuć na kilometr zanim zmaterializują się przed naszymi oczami. Aktorstwo? Istnieje, ale tylko teoretycznie. W praktyce gubi emocjonalny kontakt z widzem, do tego stopnia, że nawet jedne z bardziej wydawałoby się chwytających za gardło scen wypadają zwyczajnie nużąco i blado. „Umrika” broni się jedynie światem przedstawionym i fenomenalnym oddaniem realiów Indii przełomu lat 70. i 80-tych (budynki, ubiór, edukacja telewizyjna, dialekt, którym posługują się mieszkańcy), ale to zdecydowanie za mało, aby film wyrył się czymś szczególnym w pamięci odbiorcy; czymś, czego nie wiedziałby przed seansem a co wykraczałoby poza wiedzę ogólną, stereotypy i wyświechtane do żywego komunały. Można obejrzeć – nie trzeba.


u j d z i e

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz