Search This Blog

Polecany post

Una mujer fantástica

A Natural Woman, czyli „Fantastyczna kobieta” Sebastiána Lelio [ZWIASTUN]

Deadpool

Anty-bohaterskie uniesienia, czyli „Deadpool” Tima Millera.

opis filmu: Były żołnierz oddziałów specjalnych zostaje poddany niebezpiecznemu eksperymentowi. Niebawem uwalnia swoje alter ego i rozpoczyna polowanie na człowieka, który niemal zniszczył jego życie.

„Deadpool” (2016), reż. Tim Miller


recenzja:­ „Deadpool” (2016) to filmowy ekwiwalent sytuacji, w której to rodzice, wyjechawszy z miasta w tzw. „ważnych sprawach”, zostawiają cały swój dobytek pod opieką przecież-odpowiedzialnych-młodych-ludzi. Jak mawiał klasyk: „Starych ni ma, chata wolna, oj, będzie bal”. Wychodzi na to, że rodzice (wytwórnia Twentieth Century Fox) muszą darzyć swoje pociechy szczególną dozą zaufania, tym bardziej w sytuacji, w której najstarszy z braci (reżyser Tim Miller) – wespół w zespół z dwójką rozkrzyczanych siedmiolatków (scenarzyści Rhett Reese i Paul Wernick) i nieobliczalną dynamiką twórczą tego najmłodszego (odtwórca Deadpoola Ryan Reynolds) – postanawia zorganizować melanż życia: z dziewczynkami, używkami, koszarowym dowcipem, muzą i muzami godnymi samego Rafała Wojaczka w roli głównej. Drzwi stoją otworem, impreza jest rzecz jasna typu masowego, niewielkie wpisowe na pokrycie kosztów vel zniszczeń i droga wolna. Chwytajcie dzień i wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie.        

Cała fabuła jest genialna w swojej prostocie. Zanim tytułowy Deadpool Deapoolem się stał, zwał się Wade Wilson. Postać wyjściowa, niegdyś agent, obecnie najemnik, zostaje poddany pewnemu  osobliwemu w formie eksperymentowi, w wyniku którego nabywa niezwykłych mocy samoregeneracji. Kierując się wewnętrznym imperatywem zemsty – przefasonowany fizycznie (pod powłoką swojego gumowego „outfitu” wygląda jak skóra zdjęta z samego Freddy`ego Kruegera lub po prostu jak skóra zdjęta) – wyrusza z misją wymierzenia sprawiedliwości człowiekowi, który doprowadził jego fizjonomię do postaci rozgotowanego pomidora i niemal zniszczył mu życie. Oczywiście nie bez niewielkiej pomocy swoich zmutowanych przyjaciół: Colossusa (Stefan Kapicic), jak sama nazwa wskazuje, przepotężnego kolosa o aparycji Arnolda Schwarzeneggera, oraz posępnej dziewczynki emo-goth-whatever – Negasonic Teenage Warhead (Brianna Hildebrand) – której super-moce wyrażają się w żonglerce przepotężnymi kulami ognia i publikowaniu ociekających hejtem tweetów.          

Panseksualna natura Deadpoola jest zawsze nienasycona, neurotyczna i... przezabawna. Świat przedstawiony to stosunkowo bezpośrednie kino zemsty oparte na notorycznym pościgu, soczystym wykopie i krwawej jatce z białą bronią w roli głównej oraz, co niezbywalne w tego typu produkcjach – wszechobecnym „pif-paf” i „bum-bum”. Jednak bez patetycznych gestów i zapewnień, za to z przepotężną dawką paradności godnej sambodromów okresu karnawału w Rio de Janeiro i ciętego humoru żywcem wyjętego z ust samego Ricky'ego Gervaisa. Deadpool nie jest niczyim bohaterem, tym bardziej super-bohaterem; to anty-bohater na własnych prawach, outsider, bezpański samuraj marvelowskiego uniwersum, toczący się tam, dokąd zawieje wiatr – super-bandyta, opłacany po to, by skopać tyłki tym gorszym super-bandytom.      

Oprócz niebywałej sprawności w posługiwaniu się bronią palną, białą oraz zwyczajną, ordynarną „piąchą”, na pierwszy plan wysuwa się nieprzeciętnie cięty język naszego anty-bohatera. Nie sposób wprost przytoczyć wszystkich uszczypliwości, którymi zarzuca widza ten nieprzejednany gaduła. Deadpool, co rusz przełamując „czwartą ścianę”, burzy ustalony porządek marvelowskiej moralności. Balansujące na granicy dobrego smaku żarty o masturbacji i defekacji; mimowolne wtręty – tytułem przykładu – wymierzone w genitalia Wolverine’a lub rzekomo pederastyczne zapędy profesora Xaviera, trafiają rykoszetem w samego prowodyra. Do tego wszechobecny seksizm (głównie językowy) i nakręcający sprężynę fabuły tumiwisizm. Deadpool to postać obdarzona sporym dystansem do samego siebie, potrafiąca nabijać się nie tylko z przywar innych, ale i swoich własnych, bez pominięcia własnej fizyczności: „Moja twarz wygląda jak zębate jajco”. Do tego natłok ociekających jadem docinek względem globalnych płodów świata popkultury (może za wyjątkiem „Careless Whisper” autorstwa duetu Wham!), począwszy od „Matrixa” (1999) rodzeństwa Wachowskich, „127 godzin” (2010) Danny'ego Boyle'a, serii filmów „Uprowadzona”, kończąc na twórczości literackiej Judy Blume, jak i tej estradowej – Sinead O’Connor i zespołu Spin Doctors. A to żaden koniec, a jedynie czubek góry lodowej kąśliwych odniesień. Bardzo łobuzerskie, bardzo niedojrzałe, bardzo... chwytliwe.        

Swoim „Deadpoolem” Twentieth Century Fox niesamowicie wysoko wywindowało poprzeczkę. Na chwilę obecną jedynie podpalenie siedziby głównej wytwórni, przeznaczenie całości zysków z „Deadpoola” na cele charytatywne lub ewentualnie wyprodukowanie dwudziestogodzinnej arthousowej epopei w mongolskim języku migowym byłoby czymś prawdziwie wywrotowym względem tego, co zaproponowali widzowi w swojej najnowszej produkcji włodarze Foxa. Do tego czasu możemy spać spokojnie i w spokoju ducha napawać się tym pozbawionym reputacji i resztek zdrowego rozsądku najemnikiem; rozgadanym wodolejcą, który w równym stopniu lubi mędrkować, co „rżnąć głupa”, poszerzać rynsztoki i ukracać prawa, jednocześnie zadając kłam twierdzeniom, że jest czyimkolwiek bohaterem. Rewelacja. 


r e w e l a c y j n y

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz