Search This Blog

Polecany post

Les beaux jours d'Aranjuez

Trafiając w próżnię, czyli „Piękne dni” Wima Wendersa.

Hail, Caesar!

Pięknie opakowany kit, czyli „Ave, Cezar!” braci Coen.

opis filmu: W Hollywood trwają prace nad wielkim filmowym widowiskiem – „Ave, Cezar!”. Film ma oszołomić widownię, zgarnąć wszystkie nagrody i stać się wizytówką potęgi Fabryki Snów. Do wielkiej produkcji zaangażowano setki statystów, kaskaderów, uznanych scenografów, słynnego reżysera i wielkie gwiazdy. Oraz jego – Bairda Whitlocka (George Clooney), ikonę kina, supergwiazdę, przedmiot westchnień kobiet i mężczyzn na całym świecie. Tyle że Whitlock zostaje porwany…

„Ave, Cezar!” (2016), reż. Joel Coen i Ethan Coen


recenzja: Niemal wszystkie obrazy braci Coen można określić mianem komediodramatów, jednak o sporej rozpiętości stylistycznej i tematycznej: od filmów mrocznych i groteskowych począwszy – „To nie jest kraj dla starych ludzi” (2007), „Barton Fink” (1991), poprzez te poważne i irytująco ekscentryczne – „Co jest grane, Davis?” (2013), „Fargo” (1996), na tych klasycznie „odjechanych” skończywszy – „Big Lebowski” (1998) i „Arizona Junior” (1987). Ich najświeższe dokonanie, choć opowiada o już-nie-najświeższych-czasach, można śmiało wpisać w tę ostatnią kategorię. „Ave, Cezar!” (2016) to stara baśń o przygasającym złocie i rodzącym się srebrze okresu Hollywood; zyskująca przy bliższym poznaniu i opowiedziana w typowym dla Coenów stylu.

Josh Brolin wciela się w rolę Eddiego Mannixa, człowieka orkiestrę świata Hollywood, „naprawiacza” wszelkich problemów swoich gwiazd; osoby stojącej na straży tzw. dobrego prowadzenia się, co w praktyce wiąże się ze stwarzaniem pozorów nieskazitelności głównie względem hollywoodzkich bulwarówek reprezentowanych przez bliźniaczo wyszczekane dziennikarki o wyrobionym piśmie i nazwisku, któremu ufa, plus-minus, dwadzieścia milionów czytelników (podwójna rola Tildy Swinton). Mannix zajmuje ważne, bo centralne, miejsce w filmie braci Coen; angażuje się na wielu szczeblach, i wszędzie go pełno. To swoista klamra spinająca wybryki pozostałych bohaterów „Ave, Cezar!”: ciężarnej tancerki DeeAnny Moran (Scarlett Johansson) i jej kalejdoskopowych układów wodno-tanecznych à la Busby Berkeley, rybiego tyłka oraz problemów natury gastrycznej; Burta Gurneya prowadzącego podwójne życie komunistycznego watażki i wokalizującego super-tancerza o wdzięku Donalda O'Connora, Gene'a Kelly'ego i Freda Astaire'a w jednym. Do tego Hobie Doyle (Alden Ehrenreich), aktorzyna-duch-maszyna o mentalności notorycznego debiutanta i bożyszcze amatorów westernowego folwarku. Jednak największym problemem Eddiego nie jest roztaczanie „wybielającego” PR-u nad swoją „parszywą trójką”, lecz uprowadzenie – przez komunistyczną siatkę rozgoryczonych scenarzystów o wymownej nazwie „Przyszłość” – tego czwartego, topowego aktora ówczesnego Hollywood, Bairda Whitlocka (George Clooney) – tuż przed kluczowymi zdjęciami do wielkiego biblijnego blockbustera na miarę czasów.

„Ave, Cezar!” to kolejny film braci Coen operujący na wielu płaszczyznach jednocześnie; zwariowany trybut złożony kapitalistycznemu systemowi produkcji i dystrybucji w Hollywood przełomu lat 40. i 50., chylącemu się ku upadkowi za sprawą zimnowojennych zawirowań, wyraźnie wyczuwalnego na komuszych plecach oddechu komisji McCarthy'ego oraz masowego upowszechniania się wraz z początkiem lat 50. odbiorników telewizyjnych. Ale to zaledwie tło. Na głębszym poziomie najnowszy film twórców „Prawdziwego męstwa” (2010) poddaje gruntownej rewizji mit „złotych lat Hollywood”, wciskany decydentom i przez decydentów pokroju Mannixa, wszystkim począwszy od reżyserów, scenarzystów, PR-owców, garderobianych i statystów, na zwykłych aktorach kończąc.  Świetnie obrazuje to historia Whitlocka, który pomimo tego, że stosunkowo szybko orientuje się w swojej sytuacji, równie szybko ulega komunistycznej ideologii reprezentowanej przez osoby, które dopuściły się jego uprowadzenia. Dlaczego? Ponieważ jest osobą rozpoznawalną, aktorem-celebrytą, użytecznym idiotą zarabiającym na chleb wciskaniem ludziom pięknie opakowanego kitu.

Swoim „Ave, Cezar!” bracia Coen próbują wcisnąć widzowi taki właśnie nieskromny i niezdrowy, choć jakże wymagany przez Fabrykę Snów „pięknie opakowany kit”, i trzeba przyznać, że robią to z niebywałym wyczuciem. Ich film traktuje o tym, jak wspaniała i okropna zarazem jest filmowa manufaktura, której na imię Hollywood; wspaniała dlatego, że zapewnia nam rozrywkę i karmi nadzieją, okropna, ponieważ osoby odpowiedzialne za roztaczanie mgiełki idealistycznych fantazji nad trywialną rzeczywistością, to osoby co najmniej tak samo zakłamane, jak sami odbiorcy – jeżeli nie bardziej. Dobitnie obrazuje to finałowa scena spowiedzi Eddiego Mannixa, który potrafił wytłumaczyć sobie (a może bardziej usprawiedliwić się przed samym sobą), że człowiek jest dobry jedynie wtedy, kiedy przekracza samego siebie, a wszystko, co leży w naturze ludzkiej (wszystko, co przepuszcza przez siebie i uznaje za wartość) z założenia musi być dobre, jedyne i prawdziwe. Nie udała mu się tylko jedna rzecz – zostać komunistą...     


b a r d z o  d o b r y

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz