Search This Blog

Polecany post

Una mujer fantástica

A Natural Woman, czyli „Fantastyczna kobieta” Sebastiána Lelio [ZWIASTUN]

The Revenant

Zemsta w rękach Boga, czyli „Zjawa” Alejandro Gonzáleza Iñárritu.

opis filmu: Hugh Glass szuka zemsty na ludziach, którzy zostawili go poważnie rannego po ataku niedźwiedzia.

„Zjawa” (2015), reż. Alejandro González Iñárritu


recenzja:­ Alejandro González Iñárritu już swoim poprzednim filmem – „Birdman” (2014) – nagiął obowiązujące granice wielostronnej prawdy w kinie głównego nurtu, i teraz robi to ponownie wchodzącą do kin „Zjawą” (2015). Scenariusz filmu oparty częściowo na powieści Michaela Punke'a przenosi widza do roku 1823, kiedy to pogranicznicy i traperzy niestrudzenie przemierzali wyżyny i niziny, nieprzeniknione obszary tajgi i skalne występy Montany i Południowej Dakoty po to, by na własnej skórze przekonać się o tym, jak zimna i bezwzględna może być natura.  

„Zjawa” to film dwóch aktorów – Toma Hardy'ego i Leonardo DiCaprio – a zwłaszcza tego drugiego, wcielającego się w rolę Hugh Glassa, niezmordowanego łowcy i poszukiwacza przygód, który w wyniku nieszczęśliwego zdarzenia (Glass wpada w szpony wściekłego niedźwiedzia grizzly), zdany na łaskę i niełaskę losu, zostaje zmuszony radzić sobie na własną rękę. Zdradzony przez jednego ze współtowarzyszy, Johna Fitzgeralda (Toma Hardy) – człowieka o, najłagodniej rzecz ujmując, nieciekawej reputacji i wątpliwym kręgosłupie moralnym, który ponadto dopuszcza się morderstwa wobec jego syna, półkrwi Indianina, Hawka (Forrest Goodluck) – Glass musi zmierzyć się z licznymi przeciwnościami podczas skrajnie wyczerpującej i katartycznej w wymowie odysei w głąb siebie; ze swoją fizycznością nieustannie podkopywaną nieprzejednaną naturą, choć  nade wszystko z bólem straty – by stanąć na nogi, wymierzyć sprawiedliwość i uzyskać możliwie najpełniejsze ukojenie.

Iñárritu wespół w zespół z Emmanuelem Lubezkim, okrzykniętym po olśniewającym „Birdmanie” (zresztą słusznie) jednym z topowych światowych operatorów ostatnich lat, wrzucają nas w sam środek skrajnie brutalnych zdarzeń, w którym widzowie, podobnie jak podglądani przez nich bohaterowie, nie mogą odetchnąć ani na sekundę – ani na moment poczuć się bezpiecznie. Widmo śmierci jest wszechobecne, czai się za każdym drzewem, za każdym występem skalnym, na każdej przestrzeni i z każdej możliwej perspektywy. Bohaterowie świata przedstawionego jedynie zdają się nad nim panować. Faktycznie poruszają się w nim po omacku, niczym pijane dzieci we mgle, bez wystarczającego doświadczenia i obycia z tubylczym półświatkiem, imitują jedynie wymagane w skrajnych sytuacjach zachowania.

To, co szczególnie zapada w pamięć, oprócz genialnych kreacji aktorskich, to sposób, w jaki film oddaje bezwzględność i majestat, piękno i bestię zawarte w nieprzebłaganej naturze, której roztańczonym pyłem jest on – Hugh Glass/Leonardo DiCaprio. Oczy wszystkich wpatrzone są w tego utrudzonego kolosa i jego wybuchy ekstazy (murowany Oscar dla najlepszego aktora pierwszoplanowego). Choć dla mnie osobiście DiCaprio nie potrzebuje jakiegoś-tam-Oskara, by udowodnić wszem i wobec, że jednym z najlepszych aktorów swojego pokolenia jest. Dowiódł tego już wieki temu – „Co gryzie Gilberta Grape'a” (1993), „Titanic” (1997), „Aviator” (2004), „Wyspa tajemnic” (2010), ostatnio „Wilk z Wall Street” (2013) – wprawiając w osłupienie niezgłębionymi pokładami osobistej charyzmy w „dokopywaniu się” do nierzadko najciemniejszych zakamarków ludzkiej psychiki.

DiCaprio nigdy nie był aktorem udawanych emocji. Tak jest i tym razem. Swoją grą sprawia, że widz jest w stanie odczuć każdy wstrząs i ból zadawany jego postaci, każdą pogruchotaną kość na przestrzeni całej, wydawałoby się niepopartej żadną metafizyczną iluminacją podróży; podróży, która nie powinna się zdarzyć a której cenzurą miała być śmierć. Dzieje się jednak inaczej. Oglądamy więc DiCaprio przemierzającego bezkresne i zjadliwie zimne połacie Monatany i Południowej Dakoty. To tam zmuszony jest uciekać się do skrajnie odrażających, choć jedynych wydawałoby się sposobów, aby przechytrzyć kostuchę i wypełnić gotującą się w nim zemstę, której finalnie nie wypełnia, lecz składa w ofierze Bogu. [Uwaga spoiler!] Godna odnotowania scena rodem z „Gwiezdnych wojen: Część V – Imperium kontratakuje” (1980); Han Solo rozcina swojego nieżywego Tauntauna i pakuje do jego wnętrza zziębłego Luke'a, żeby go ogrzać. Wariacja na ten temat plus początkowa scena z niedźwiedziem, to swoiste wisienki na smoliście czarnym od barbarzyństwa i wszelkiej maści okrucieństw torcie autorstwa Iñárritu.

Nie sposób nie wspomnieć o Tomie Hardym, który zupełnie jak w najnowszej odsłonie „Mad Maxa” (2015) George'a Millera, buduje swoją postać postawiona pod ścianą walki o przetrwanie. W rękach mniej zdolnego aktora postać Fitzgeralda miałaby duże szanse stać się kolejnym jednowymiarowym szwarccharakterem, ale to właśnie Hardy nadlewa go poranionym wnętrzem i licznymi osobliwościami, nadając mu prawdziwie autorytatywny, wręcz demoniczny charakter. Wystarczy przywołać scenę, w której Fitzgerald tłumaczy niememu i częściowo sparaliżowanemu Glassowi bezsens jego położenia, i jakie niebezpieczeństwa może nieść za sobą fakt, że nadal żyje; do tego próba uduszenia (rzekomo na prośbę Glassa) i pogrzebania go żywcem, następnie szybko pomyśleć o innym aktorze, który mógłby wypaść w tej scenie równie przekonująco... jakoś nikt nie przychodzi mi do głowy.     

Doborowe aktorstwo, zapierające dech w piersiach zdjęcia i wbijająca w fotel akcja; tak jak nikt wcześniej nie poprowadził konwoju służb specjalnych drogami „down in Mexico” w taki sposób, jak Denis Villeneuve w „Sicario” (2015), tak jeszcze żaden inny film nie unaocznił „polowania na muchy” ze wściekłym niedźwiedziem zamiast gumowej packi w roli głównej. Do tego niedające spokoju partytury autorstwa Ryûichi Sakamoto i Carstena Nicolai; to wszystko i jeszcze więcej winduje najnowszy film twórcy „Babel” (2006) do... napisów końcowych.      


a r c y d z i e ł o

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz