Search This Blog

Polecany post

Una mujer fantástica

A Natural Woman, czyli „Fantastyczna kobieta” Sebastiána Lelio [ZWIASTUN]

The Martian

On musi wrócić, czyli „Marsjanin” Ridleya Scotta.

opis filmu: Po nieudanej ekspedycji Mark zostaje sam na Marsie. Mimo znikomych zapasów oraz zerwanej łączności z dowództwem mężczyzna stara się przetrwać w trudnych warunkach.

„Marsjanin” (2015), reż. Ridley Scott


recenzja: „Marsjanin” (2015) Ridleya Scotta to fabularny trójkąt miarowo dzielony między zmagania głównego bohatera – Marka Watney’a (Matt Damon) – decydentów agencji NASA a ekipy ekspedycyjnej, której sam był członkiem zanim, w wyniku nieszczęśliwego splotu zdarzeń, został odcięty od zespołu i uznany za zmarłego w bezkresnych piaskach Czerwonej Planety.               

Szczęśliwie dla filmu Mark wraca do świata żywych, otrzepuje skafander z gwiezdnego pyłu, przeciera ze zdziwienia plastikową szybkę swojego hełmu i stwierdza, że jednak jest sam we wszechświecie – pozbawiony łączności z Ziemią, ze szczątkowymi zapasami wody, żywności i powietrza. Stojąc przed faktem dokonanym oświadcza wszem i wobec, że nie ma zamiaru poddać się bez walki. Postanawia podejść do problemu w sposób naukowy i metodyczny zarazem, w końcu jest astronautą-botanikiem o nieprzeciętnej inteligencji i determinacji godnej MacGyvera i Pomysłowego Dobromira w jednym. Wychodząc z założenia, że każda krytyczna sytuacja miewa swoje błyskawice, Mark inicjuje swoją osobistą krucjatę w imię utrzymania swojego organizmu przy życiu – tak długo, jak wymagać tego będzie rodząca się w bólach misja ratunkowa prowadzona przez dyrektora NASA – Teddy’ego Sandersa (Jeff Daniels) – jego pomagierów, wespół w zespół z załogą powracającą na błękitne łono Planety Matki. Szczęśliwie dla filmu – raz jeszcze – Mark to łebski gość i, co istotne, jest botanikiem. Mając do dyspozycji bezmiar marsjańskiego piasku, ekskrementy pozostawione przez załogę w kosmicznym wychodku no i skrzynkę ziemniaków, Watney rozpoczyna ich uprawę; do tego jest w stanie przemienić wodór w wodę, jak i racjonalnie zarządzać światłem i tlenem… i voilà – kartofelki jak się patrzy. Żyjemy – ale do czasu.

Matt Damon w sposób zjawiskowy oddaje ducha chłodnej kalkulacji, naukowej desperacji podlanej bojowością osoby postawionej pod murem, i podchodzi do swojej roli z takim zapałem, że nie sposób wprost oderwać od niego wzroku. Jedne z bardziej absorbujących sekwencji scen w „Marsjaninie” to te, w których widzimy Marka odhaczającego kolejne warianty mogące przyczynić się do prolongaty nieuniknionego; walka o siebie i wcielanie w życie kolejnych nieszablonowych pomysłów przywrócenia kontaktu z bazą NASA. Damonowi pomaga w tym świetnie nadpisany scenariusz autorstwa Drew Goddarda, który stawia na niespiesznie nakręcającą się spiralę dramatyzmu co rusz kontrowaną humorem i ciętym, zbijającym z pantałyku „one-linerem”. Pisząc o dialogach nie sposób pominąć rozdwojenia głównego bohatera pozostawionego na długi okres czasu w całkowitej izolacji. Watney prowadzi rozmowy z samym sobą, rejestrując każdą niemal rozmowę w postaci wideo-wpisów, nie dla potomności, lecz przytomności umysłu, stymulowania szarych komórek po to, by zawiązywać strategie i zyskiwać na czasie.

Ale żeby nie było, „Marsjanin” Scotta to nie żaden tam fabularny kreacjonizm, sadzenie ziemniaków w wydalinach współzałogantów i liczne wtrącenia typu: „Pieprzę cię, Mars!”. Dylematy moralne, masa problemów – natury fizycznej, psychicznej i technicznej, na które napotyka Watney; każda pauza, jak i liczne dygresje zostały przez Damona wyniesione do perfekcji, w szczególności powracające jak bumerang kpiarstwo z kapitan Melissy Lewis (Jessica Chastain), a konkretnie nagminne „hejtowanie” jej gustu muzycznego. Niuanse i smaczki tego typu zostają w filmie Scotta „podrasowane” do granicy krytycznej, podkreślając tym samym desperację głównego bohatera w imię celu, ale i rozpaczliwą potrzebę zwykłej rozmowy z drugim człowiekiem. Mark stapia się zarówno z czasem, jak i planetą, której stał się zarówno zakładnikiem, jak i pierwszym kolonizatorem. W pewnym momencie można ulec złudzeniu, że celowość głównego bohatera staje się celowością samą w sobie, a on sam padł ofiarą syndromu sztokholmskiego.

„Marsjanin” to z jednej strony kino totalne, wielka pochwała poświęcenia, niezłomności ludzkiego ducha, afirmacji życia, wiary i rozumu, z drugiej strony zwyczajnie udany blockbuster, lekkostrawny, mimo natłoku dramatycznych obrazków, podnoszący na duchu – mimo licznych chwil zwątpienia. Do tego beznamiętny krajobraz Czerwonej Planety, zjawiskowo skadrowany przez Dariusza Wolskiego, i scenariusz w sposób niespieszny podkręcający tragizm położenia protagonisty, kontrapunktowany fantastycznie dobraną ścieżką dźwiękową, podlany humorem i ironią. Warto.   


b a r d z o  d o b r y

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz