Search This Blog

Polecany post

Les beaux jours d'Aranjuez

Trafiając w próżnię, czyli „Piękne dni” Wima Wendersa.

Legend

Mity bandyty, czyli „Legend” Briana Helgelanda.

opis fabuły: Lata 50. i 60. Londyńscy gangsterzy-bliźniacy, Ronald oraz Reginald Kray, terroryzują miasto.

„Legend” (2015), reż. Brian Helgeland


recenzja: W oku Briana Helgelanda bandycki żywot braci Kray to archetypiczne gatunkowo, i syntetyczne zarazem, ujęcie postaci większych niż życie, obrosłych mitem romantycznego łajdaka, bon vivanta z kastetem w kieszeni i obrzynem skrzętnie skrywanym za połą idealnie skrojonego garnituru. Wdzięk, szyk i brylantyna we włosach; atawizm podziału strefy wpływów gangsterskiego półświatka, instynkt wyższości stopiony ze szlachetnym rodzajem pogardy dla stróżów prawa jako rewers bezwzględnego szacunku względem mafijnej rodziny. A to wszystko w tle rewolucji kulturalnej lat sześćdziesiątych swingującego Londynu.

Na pierwszy rzut oka „Legend” (2015) nie odstaje specjalnie od innych podobnych produkcji kina gangsterskiego „przemielonego” przez swój gatunek na setki możliwych sposobów, w których świat przedstawiony jako ten kolos na glinianych nogach – oparty na wyzysku, nieposkromionej chciwości, brawurze i złej miłości – musi w końcu upaść, nie bez brutalnych potyczek – fizycznych, jak i tych werbalnych – barwnych twistów i sentymentalnej „łezki w oku” rzecz jasna. Jednak historia, której podjął się reżyser, cechuje rozdwojenie, a może lepiej podwojenie – synergia braterskich zależności, z jednej strony tych racjonalnych uosobionych w postaci starszego z bliźniaków – Reggiego Kraya (Tom Hardy) i tych psychotycznych w wykonaniu Ronalda (Tom Hardy), sypiących się jak asy z rękawa jego dyssocjalnej osobowości.

Na poziomie scenariusza głównych bohaterów różni niemal wszystko, ale łączy jedno – kartoflana facjata Toma Hardy'ego i jego nieposkromiony talent w żonglowaniu ogniem i lodem. Przedzierzganie się z roli bezkompromisowego casanovy o aparycji dandysowatego modsa w schizofrenicznego celebrytę odklejonego od rzeczywistości (nawet tej bandyckiej), co rusz pakującego się kłopoty, które ten pierwszy będzie musiał znów zamieść pod dywan – to może budzić najwyższe uznanie i rzeczywiście budzi. Z drugiej strony osoby bardziej obeznane z emploi Toma Hardy’ego zauważą liczne naleciałości z innych ról, z którymi przyszło mu się mierzyć na przestrzeni ostatnich lat: chociażby paradność Eamesa z „Incepcji” (2010) Nolana, obłąkańczość Bronsona z „Bronsona” (2008) Refna ujęta w nawias Przystojnego Boba z „Rock'N'Rolli” (2008) Guya Ritchiego.

„Legend” Helgelanda wygrywa przede wszystkim od strony aktorskiej, która jest sercem i rozumem całości filmu – nazbyt rozwlekłego i anachronicznego względem tego, do czego przyzwyczaiło nas współczesne kino gangsterskie; do tego nieznośne wprost narracyjne wodolejstwo i zadęcie w wykonaniu Emily Browning wcielającej się zarówno w rolę Frances – żony i jedynej prawdziwej miłości Reggiego, jak i przyjmującej pozę wszechwiedzącego narratora z offu. Kuriozalne, zważywszy na fakt, że Frances nie doczekała spektakularnego upadku swojego męża, gdyż niespełna rok przed jego aresztowaniem popełniła samobójstwo – rozpraszające i zupełnie niepotrzebne, zupełnie jak partytury Cartera Burwella, autora muzyki do filmu To, co wypływa na powierzchnie „Legend”, oprócz wewnętrznej charyzmy i zwierzęcego magnetyzmu Toma Hardy’ego, to reżyserski zmysł w przełamywaniu początkowo obranej konwencji, płynne przechodzenie od posępnego moralitetu w stronę smoliście czarnego humoru i czerpanie przy tym garściami z dorobku przedwojennego melodramatu oraz gangsterskiego kina noir.

„Legend” to kino staroświeckie i mało odkrywcze, ale zyskujące z każdym kolejnym kadrem; hipnotyzujące aktorsko i, mimo całej masy klisz i banałów, finalnie produkt jak najbardziej satysfakcjonujący. Ode mnie mocna 6-tka.


n i e z ł y

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz