Search This Blog

Polecany post

Les beaux jours d'Aranjuez

Trafiając w próżnię, czyli „Piękne dni” Wima Wendersa.

Demon

Ofiary zbiorowej halucynacji, czyli „Demon” Marcina Wrony.

opis filmu: Piotr przyjeżdża z Anglii do Polski na ślub z piękną Żanetą. Urządzając gniazdko w starym domu znajduje ludzkie szczątki, zakopane nieopodal posesji.

„Demon” (2015), reż. Marcin Wrona


recenzja: „Demon” (2015) Marcina Wrony zadaje kłam twierdzeniom jakoby do relacji polsko-żydowskich można podejść jedynie w sposób poważny, pomnikowy wręcz, i najlepiej z punktu widzenia Holocaustu. Co więcej, palmy pierwszeństwa nie dzierżą tu skandal, prowokacja i nieodparta chęć wetknięcia kija w mrowisko – jak to miało miejsce w przypadku „Pokłosia” (2012) Pasikowskiego – a karkołomna próba odskrobania, pokrytego grubą warstwą kurzu i patyny, mistycyzmu przenikającego obydwie strony; pomostu do przeszłości, którego idea zdała się legnąć w gruzach zanim jeszcze zamajaczyła w umyśle reżysera.  

W zależności od kręgu kulturowego mity, jak i sposoby pozbawiania ich wielkości, mogą przybierać różne formy. Hiszpanie odtruwają się garściami historycznego rewizjonizmu, Japończycy – „meta-cyfrą”, Amerykanie zaś oddają hołd pewnej roślinie z rodziny dyniowatych. Polskie „obcowanie zmarłych” wynika z naszej tradycji romantycznej, znajdując wyraz w szeregu archetypicznych tekstów literackich. Poetyka „Demona” zawieszona jest gdzieś pomiędzy horrorem a czarną groteską, faktem a fikcją, „Weselem” a Wajdą, gdzie to, czego niema w sposób kanciasty i oślizgły łączy się z tym, co jest, za punkt wyjścia obierając, nader rzadko poddawany filmowej rewizji, kabalistyczny kontekst wędrówki dusz.

U Wrony los idzie ręka w rękę z losowością. Główny bohater – Piotr (Itay Tiran), przybywa do Polski, by poślubić Żanetę (Agnieszka Żulewska). Ekstatyczne plany o uwiciu sobie przytulnego gniazdka w zmurszałym domu otrzymanym w prezencie od przyszłego teścia (Andrzej Grabowski) płoną na panewce, kiedy Piotr odkrywa w ogródku makabryczne znalezisko – ludzkie szczątki, za którymi stoi coś jeszcze. Wraz ze szczątkami Piotr uwalnia ducha, żydowskiego upiora – Dybuka – który nie bez jego przyzwolenia postanawia pokrzyżować im – nowożeńcom – plany, zamieniając sztampowe weselne obżarstwo i pijatykę w istne „danse macabre”. 

W „Demonie” żonglerka konwencjami służy jako medium nakręcającej się z każdą minutą spirali absurdu, wszechogarniającej paranoi i katartycznych wzruszeń; przepoczwarzania się kolejno pojawiających i rozpływających się oparach potu, bluzgów i chrzczonej wódy postaci dramatu. Wrona w swoim filmie zderza ze sobą opętańczy szał „Egzorcysty” (1973) Williama Friedkina z jadem i autoironią obrazów Smarzowskiego, a wszystko skąpane w ezoteryce świata mistyki i burzących fantasmagorii. Jednak problem z odbiorem filmu Wrony nie leży w świecie przedstawionym, żałosnych postaciach i śmierdzącej, rozwrzeszczanej weselnej tancbudzie, a w pobieżnym potraktowaniu naszych polskich romantycznych zapędów i miałkim zsyntetyzowaniu przeszłości.

Marcin Wrona w całym tym galimatiasie, który sam sprokurował, przybiera z jednej strony pozę kogoś na wzór Wielkiego Mistrza „szydery”, z drugiej aroganckiego sędziego minionych pokoleń – bez procesu, świadków i sprawy. Osoby dramatu padły ofiarą zbiorowej halucynacji, rzecz jasna, romantycznych guseł i modernistycznego filtrowania sztuki. Co więc pozostaje? Obrazek, który straszy i śmieszy; który jest „odklejony” od czasów Moje i Ja, ale pozostaje „całkiem serio”, stanowiąc pusty i banalny morał, że słonie nie podskoczą, choćby nie wiadomo jak bardzo się starały, a los upomni się o każdego. Serio?


d o b r y

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz