Search This Blog

Polecany post

Jigsaw

It ain't over 'til it's over, czyli „Piła: Dziedzictwo” braci Spierig.

Blue Ruin

Zemsta niespełniona, czyli „Blue Ruin” Jeremy’ego Saulniera.
zarys fabuły: Bezdomny Dwight powraca w rodzinne strony, aby zemścić się na mężczyźnie, który niedawno wyszedł z więzienia.

„Blue Ruin” (2013), reż. Jeremy Saulnier
mini-recenzja: Przewlekle angażująca produkcja Jeremy’ego Saulniera – reżysera, operatora i scenarzysty w jednej osobie – to kino zemsty, które kinem zemsty nie jest, bo być nie może; spala się w blokach już na starcie, kiedy w pierwszych minutach główny bohater (a w zasadzie antybohater) Dwight (w tej roli Macon Blair) staje oko w oko z rzekomym oprawcą swoich rodziców niejakim Wadem Clelandem, synem zmarłego na raka Wade’a Clelanda seniora, prawdziwego mordercy rodziny Dwighta. Zdeterminowany, lecz kompletnie niedoświadczony w materii zabijania i – co istotne – sfrustrowany niemożnością pomszczenia swoich rodziców Dwight rozpoczyna do szpiku kości osobistą, eksploatacyjnie krwawą wendetę przeciwko całej rodzinie Clelandów – bez żalu i poczucia winy, o czym często-gęsto przypomina kawałek „No regrets” Otisa Blackwell’a. Spirala bezsensowności jego poczynań nakręca się z prędkością światła. W mgnieniu oka Dwight z łowcy staje się zwierzyną, miotającą się między zemstą a bezpieczeństwem jedynej bliskiej mu osoby – siostry Sam. Sprawa jest skrajnie osobista – dlatego polegnie; bez patetycznych przemów ani bezpłodnej paplaniny, z karabinkiem Ruger Mini-14 (znakiem rozpoznawczym Drużyny A) w dłoni. Cel, pal! Dwight w wykonaniu Macona Blaira urzeka swoim rozedrganiem; z jednej strony prezentuje się jako bezlitosny żul-bandyta, z drugiej zupełnie „rozbity” wewnętrznie żałobnik próbujący znaleźć powody ku temu, aby przestać zabijać. Brutalność cechująca film Saulniera nie szokuje, nie zniesmacza, nie wprawia w zakłopotanie; nie powstała po to, żeby rozochocić spragnioną krwawych igrzysk widownię. „Blue Ruin” to kino idące ręka w rękę z takimi produkcjami ostatnich miesięcy jak „Joe” (2013) Davida Gordona Greena  czy „Niebieski caprice” (2013) Alexandre’a Moorsa – wolne, angażujące, momentami wręcz kontemplacyjne, zaszczepiające w widzu poczucie niepokoju, ale i ciekawości co do finału, który z każdą minutą staje się coraz bardziej nieuchronny. Pomimo przekraczania granic rozsądnej przewidywalności swoim ostatnim filmem Saulnier jest w stanie wytworzyć atmosferę tak gęstą, że spokojnie można ją ciąć nożem – trzymającą na brzegu fotela, w ciągłym napięciu.

ocena: 8/10 (bardzo dobry)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz