Search This Blog

Polecany post

Les beaux jours d'Aranjuez

Trafiając w próżnię, czyli „Piękne dni” Wima Wendersa.

Wolyn

Powrót do przyszłości, czyli „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego.

opis filmu: Ojciec Zosi postanawia wydać ją za najbogatszego we wsi wdowca z dwójką dzieci, nie bacząc na to, że córka kocha ukraińskiego chłopca. Wkrótce życie lokalnej społeczności diametralnie zmienia II wojna światowa.

Wołyń (2016), reż. Wojciech Smarzowski


recenzja: Przytoczone na wstępie Wołynia (2016) słowa ojca ks. Isakowicza-Zaleskiego, iż Kresowian zabito dwukrotnie – raz przez ciosy siekierą, drugi raz przez przemilczenie, z jednej strony stanowią mocne otwarcie filmu, wymowną klamrę spinającą narrację, poszczególne wątki, jak i totalny i „niemy” finał, z drugiej spełniają  o niebo ważniejszą funkcję – głęboko rozbrzmiewające jeszcze na długo po napisach końcowych memento jako przestroga i modlitwa zarazem. 

Nie pomyliłem się wiele, spekulując na kilka dni przed piątkowym seansem, w jakim kierunku podążać będzie fabuła Wołynia. Smarzowski po raz kolejny przesuwa granice, zawyża wszelkie możliwe poprzeczki, dając świadectwo ciągłego rozwoju reżyserskiego rzemiosła, ale i szacunku względem inteligencji swojego odbiorcy. Myliłem się co do jednego. W przypadku Wołynia to nie rewizjonizm, a transgresja, kolejno wylewane za kołnierz widza wiadra niezrozumienia i dylematów moralnych, konstytuuje prowadzoną narrację. Kanwą filmu jest starcie tego wszystkiego, co poprzedza wrogość, przeradza się w nienawiść, a kończy rzezią. Holocaust w umyśle Smarzowskiego i oku Piotra Sobocińskiego Jr., autora zdjęć, to siła totalna, która chwyta za gardło, spluwa plwociną prosto w twarz, wymierza cios w podbrzusze i wbija w ziemię. Wołyń jest bezlitosny i nie bierze żadnych jeńców; to początek horroru widziany jako gradowa chmura, która będzie ciągnąć się za widzem jeszcze na długo po opuszczeniu sali kinowej. I tu należą się wielkie brawa w szczególności dla reżysera-scenarzysty Wojtka Smarzowskiego i operatora Piotra Sobocińskiego Jr., którzy w sposób niezrównany potrafili uchwycić nieprzewidywalność czasów, wynikającą z antagonizmów historycznych i nieufności. Radykalne, wręcz eksploatacyjne podejście twórców jest w tym konkretnym przypadku w pełni uzasadnione, biorąc poprawkę na świat przedstawiony, a w zasadzie miejsce na styku światów; tygiel, w którym miesza się to, czego nie ma (kultury, języki, tradycje) z tym, co jest – zmieniające się jak w kalejdoskopie doktryny strachu. 

Film Smarzowskiego to w równym stopniu film o hekatombie ludności Wołynia, co schyłkowości świata przegranego ideologią, podsycanego mową nienawiści, rodowodem, obrzędowością i wierzeniami, opium dla ukazanych przez reżysera mas, które przemielone przez kołowrót dziejów i ideologizacji, nie potrafią już w żaden sposób wartościować. Pomimo tego, że bilans strat miażdży swoim butem zyski, reżyser nie opowiada się po żadnej ze stron konfliktu. Ukazuje rzeź wołyńską przede wszystkim z perspektywy niezrozumienia wynikającego ze skomplikowanych zaszłości społeczno-politycznych i narodowościowych, celując głównie w relacje polsko-ukraińsko-żydowskie. Czystki etniczne, którymi Wołyń stoi, ich barbarzyńska eskalacja w finale, podana przez twórców w formie skrajnego naturalizmu, ale i symbolizmu, to cierniem-ukoronowanie całej dialektyki nienawiści, która powoli, acz skutecznie odsłaniała swoje bestialskie oblicze przed bohaterami filmu Smarzowskiego.

Wołyń można czytać jako przestrogę, jako przeszłość, która, miejmy nadzieję, nigdy nie nadejdzie, ale która, w kontekście otaczającej nas chwiejnej rzeczywistości, nie jest niemożliwa do zaistnienia. Smarzowski nie ustawia siebie w roli moralizatora, nie feruje wyroków, nie wskazuje paluszkiem tego bez skazy i zmazy, ani tego, w kogo cisnąć kamieniem. Winy szuka w ideologicznym bezhołowiu i pomieszaniu wartości z tym, co się za wartość uważa. Bardzo aktualne, bo zawsze aktualne.         


r e w e l a c y j n y

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz