Search This Blog

Polecany post

Les beaux jours d'Aranjuez

Trafiając w próżnię, czyli „Piękne dni” Wima Wendersa.

Manglehorn

Cut-scenki z życia, czyli „Manglehorn” Davida Gordona Greena.

opis fabuły: AJ to samotny dziwak i były skazaniec, który stara się pogodzić z przeszłością, kiedy to porzucił kobietę swoich marzeń.

„Manglehorn” (2014), reż. David Gordon Green


recenzja: David Gordon Green to reżyser, którego twórczość do niedawna postrzegałem głównie przez pryzmat dwóch odjechanych komedii z narkotycznym tripem, „Boski chillout” (2008) i „Wasza wysokość” (2011). Jego „Joe” (2013), naturalistyczne, chropowate i mocno uwierające kino noir (tak na marginesie jedna z lepszych filmowych kreacji Nicolasa Cage'a w ogóle) pozwoliło zrewidować mój mylny osąd o Greenie, czyli specu od prostych, jarmarcznych komedyjek. Zarówno w „Joe”, jak i najnowszym „Manglehornie”, reżyser bierze na celownik pozbawionych złudzeń co do siebie i rzeczywistości samotników, z filozoficznym zacięciem i z rozbudowanym kodeksem moralnym, próbujących żyć na tyle na ile ich stać. To asceci na swój własny rachunek, samobiczujący się pokutnicy, w ich mniej lub bardziej neurotycznym sposobie postrzegania świata, wokół którego jedynie orbitują a który zdaje się nie dotyczyć ich bezpośrednio. Bierni, bez przesadnych ambicji, ale i bez roszczenia pretensji. Skoro już są, to próbują być – na swój „połamany” sposób – bez przesadnych oczekiwań, bez przeszłości ani przyszłości, w zawszeniu. Jakby nie było śmierci, albo była tylko śmierć.

Zupełnie jak w „Joe”, tak i „Manglehornie” Green po raz kolejny ukazuje studium przepoczwarzania się człowieka targanego demonami przeszłości w coś świeżego i pięknego. Pacino buduje swoją postać dynamicznie, ale z czuciem i wrażliwością, groteskę kontrując patosem i chorobliwym wręcz przywiązaniem do detalu. Manglehorn w jego wykonaniu to zrzęda, sknera i mizantrop, którego charyzma i ponadprzeciętne zdolności interpersonalne służą mu za oręż; istnieją nie po to, by zjednywać sobie ludzi, ale by trzymać ich na dystans i, powoli acz skutecznie, zrażać do siebie. Jego jedyną prawdziwą pasją w życiu jest pisanie niekończących się listów do swojej utraconej miłości – Clary. Mieszka sam w zapuszczonym domku z persem Fanny, z którą zdaje się łączyć go o niebo bardziej zażyłe relacje niż z jedynym synem Jacobem (Chris Messina) i wnuczką Kylie (Skylar Gasper), którą okazjonalnie zabiera do parku i raczy rozmowami o niczym. Dni upływają mu na pracy w swoim zakładzie ślusarskim, odwiedzaniu tanich barów i sporadycznych pogawędkach z kumplem-niekumplem Garym (Harmony Korine), dawny podopiecznym, którego, jako trener, uczył gry w baseball, obecnie prowadzącym szemrane interesy lawirantem i pozerem. Do tego ponętna kasjerka lokalnego banku, niejaka Dawn (Holly Hunter), z którą AJ regularnie flirtuje, łudząc się (oszukując samego siebie), że to właśnie w niej znajdzie choć namiastkę Clary.

Największym problemem filmu Greena jest brak mocno osadzonej, centralnej linii fabularnej. W zamian dostajemy „cut-scenki” z życia Manglehorna, epizody powiązane mniej lub bardziej składnie z całym drugim i trzecim planem. Przykładowo, kotka AJ-a połyka metalowy kluczyk, przez co choruje, następnie poddana zabiegowi chirurgicznemu zdrowieje; ostra konfrontacja z synem i związana z nią rozłąka kończy się pojednaniem; narastające przygnębienie Manglehorna wynikłe z niespełnionej miłości (lepszego życia u boku Clary) w finale filmu zostaje w stosunkowo niejasny sposób odczarowane. AJ odcina przeszłość grubą krechą i u boku kasjerki Dawn próbuje zacząć wszystko od nowa. W „Manglehornie” to życie się toczy – nie fabuła.

Jednak całościowo film daję radę. „Manglehorn” to przyzwoite kino, którego stylowość kompensuje fabularne niedociągnięcia. To, co wybija się na pierwszy plan, oprócz niezwykle złożonej i opartej na drobnych smaczkach roli Pacino, to hipnotyzujące zdjęcia Tima Orra, w których brzydota miejsc i zdarzeń równoważona jest pięknem kompozycji, a częstokroć wzmacniana ciekawie podanymi efektami przenikania, nadaje atmosfery nierzeczywistości, czegoś na wzór marzenia sennego; to wszystko zestawione z przecudowną ścieżką dźwiękową, w której pozorna kakofonia dźwięków (dialogi z offu w sposób fenomenalny zostały zespolone z alternatywnym graniem Explosions in the Sky i partyturami Davida Wingo) układa się w pełni intrygującą całość. Mocna 7-ka.


d o b r y

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz