Search This Blog

Polecany post

Una mujer fantástica

A Natural Woman, czyli „Fantastyczna kobieta” Sebastiána Lelio [ZWIASTUN]

Ant-Man

Każdy dzieciak potrzebuje mistrza, czyli „Ant-Man” Peytona Reeda.

opis filmu: Oszust Scott Lang, wyposażony w kombinezon pozwalający na zmniejszanie się, pomaga swojemu mentorowi, Hankowi, zaplanować i wykonać skok, od którego zależą losy świata.

„Ant-Man” (2015), reż. Peyton Reed


recenzja: Urok i dowcip wpleciony w prostą historią o mistrzu i uczniach, skutecznie podtrzymywany sporą dawką suspensu i komplikacjami typowymi dla „heist movies”, bez zbędnego zadęcia – rozrywkowo, wręcz familijnie, ale z klasą. Taki jest właśnie „Ant-Man” (2015) Peytona Reeda, nad którym unosi się duch „Strażników Galaktyki” (2014) Jamesa Gunna plus szpiegowski szkielet fabularny znanym z „Kapitana Ameryki: Zimowego żołnierza” (2014) braci Russo. Zarówno Reed w „Ant-Manie” (ale i Wright, po którym ten pierwszy projekt przejął), tak i Gunn w swoich „Strażnikach…” musieli znaleźć sposób na sforsowanie przeszkody mniej znanych superbohaterów z uniwersum Marvela. Pełen luz, filuterność i niespożyte pokłady fantazji jako siły napędzająco-wyzwalające, szczególnie po ostatnim, przygnębiająco zwalistym „Czasie Ultrona” (2015), okazały się strzałem w dziesiątkę, wielką perspektywą dla całego uniwersum, a przede wszystkim dla Ant-Mana jako superbohatera, który domykając swoją postacią II Fazę MCU, ma niebywałą szansę wedrzeć się na dłużej do panteonu filmowych Avengersów, wpuszczając nieco więcej werwy, choć przede wszystkim świeżego powietrza w zatęchłą, gargantuiczną w rozmiarach franczyzę. 

„Ant-Man” to historia Scotta Langa (Paul Rudd), zawodowego oszusta oraz jego mentora, genialnego naukowca Hanka Pyma (Michael Douglas), którego wynalazek – skafander umożliwiający zmniejszanie posiadacza do rozmiarów mrówki, do tego nadludzka siła i kontrolowanie zastępów jemu podobnych owadów – będzie w stanie zażegnać przyszłemu kryzysowi militarnemu wywołanemu przez byłego protegowanego Pyma – Darrena Crossa/Yellowjacketa (Corey Stoll) – cynicznego i makiawelicznego w swoich dążeniach szwarccharaktera całej odsłony.

Wpuszczenie świeżej krwi okazało się prostym i jakże trafnym pomysłem. Wyciągnięcie akcji z zachodniego wybrzeża i przyprawiających o zawrót głowy nowojorskich wysokościowców ze szkła i stali, wliczając w to pretensjonalnie monolityczny wieżowiec Tony’ego Starka, w którym gości pozostałych Avengersów, właśnie na rzecz zwykłej-niezwykłej rezydencji Pyma w San Francisco, gdzie mistrzowi, wespół w zespół z córką Hope (Evangeline Lilly), przyjdzie przyuczać swojego wychowanka, by jak najpełniej mógł wykorzystać możliwości kostiumu. Do tego obmyślanie misternego planu wielkiego skoku na siedzibę Cross Tech, zniszczenie serwerów korporacji jak i samej korporacji, wykradzenie skafandra Darrena (co niestety spali na panewce) i pacyfikacja Yellowjacketa. Co więcej, niekończące się demolki, typowe dla trzeciego aktu Marvelowskich blockbusterów, zostały porzucone, tym samym konsekwencje działań wszystkich bohaterów zaangażowanych w konflikt zyskały na spójności i sensowności.

Oglądając najnowsze dzieło Reeda widz ma wrażenie obcowania z pełnokrwistym dramatem, aniżeli z silącym się na boxoffice’ową kasę kolejnym blockbusterem. „Ant-Man”, podobnie jak miało to miejsce w przypadku „Strażników Galaktyki”, skupia się na relacjach rodzic-dziecko. Jedną z głównych sił napędzających działania Langa/Ant-Mana jest ponowny kontakt z córką Cassie, a konkretnie odkupienie win za prowadzenie bandyckiego trybu życia i wkupienie się w łaski rodziny, którą utracił. Pym natomiast zrobi wszystko, by chronić Hope – stąd też potrzebuje kogoś z zewnątrz, aby dopełnił misji, nie narażając przy tym jej samej. Żeby nie było, „Ant-Man” to nie żadne tam „Okruchy życia”; film posiada pazur i to wszystko, co stanowi o tak niebywałej popularności całej Marvelowskiej franczyzy: cięte one-linery, wysokooktanowa akcja oraz piętrzące się w nieskończoność MacGuffiny, dynamizujące działania bohaterów, popychające fabułę do dobrze znanego wszystkim finału. A takiego finału nie miało jeszcze żadne rozdanie – spektakularne, będąc w centrum zdarzeń, i kameralne zarazem, kiedy spojrzeć na to z perspektywy pokoiku małej dziewczynki; surrealistyczne i pociesznie absurdalne, bo rozgrywające się w pokoju małej Cassie, a konkretnie na dachu Parowozu Tomka z animowanego serialu „Tomek i przyjaciele” (ewidentnie czuć tu rękę Wrighta). Pięknie niepoważne. Małe w skali, ale jakby pojemniejsze.

„Ant-Man” to kino dla mas, inteligentne i zabawne, pozycja obowiązkowa dla każdego szanującego się fana uniwersum Marvela, admiratorów wszelkiej maści „akcyjniaków” i „przygodówek”; film, który bawi się formułą, puszcza oko, wpuszczając jednocześnie świeże powietrze w zerojedynkowy jak dotąd świat superbohaterów. Do następnego…     


b a r d z o  d o b r y

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz