Search This Blog

Polecany post

Les beaux jours d'Aranjuez

Trafiając w próżnię, czyli „Piękne dni” Wima Wendersa.

Líbánky

O tym, że trupy lubią wychodzić z szafy w najmniej oczekiwanych momentach, straszą i pragną krwi, czyli „Po ślubie” Jana Hřebejka.

zarys fabuły: Ślub powinien być radosnym wydarzeniem, jednak nie zawsze tak jest. Kiedy pewien nieproszony gość dostaje się na przyjęcie weselne Terezy i Radima, tajemnice z przeszłość mogą zostać wyjawione.

„Po ślubie” (2013), reż. Jan Hřebejk
mini-recenzja: Przyciężkawe zwieńczenie niepisanej „trylogii bolesnej” zapoczątkowanej przez fenomenalne „Róże Kawasakiego” (2009), a kontynuowanej w okrutnie przewrotnej „Niewinności” (2011), która niestety ominęła dystrybucję kinową w Polsce. „Po ślubie” Jana Hřebejka z wymienionymi tytułami łączy ogólny zamysł – głęboko skrywane sekrety,  które, jak to często z nimi bywa, w końcu muszą wrócić do człowieka i, najczęściej w najmniej spodziewanym momencie, wyjść na światło dzienne, wywracając do góry nogami ustalony porządek rzeczy. Jednak w porównaniu z większością filmów Hřebejka (a raczej z tym, za co kochamy Hřebejka, czyli bezlitosną ironię, brudną satyrę, „czeski” absurd) – „Po ślubie” jest obrazem skrajnie jednowymiarowym, odartym z niedopowiedzeń, w którym irytująca powściągliwość, brak dynamiki i dramatyzmu stanowią jądro bezwzględnie pustej całości. Problem z najnowszym filmem twórcy „Musimy sobie pomagać” (2000) polega na tym, że trudno (pomimo ciekawie rozpisanego scenariusza Petra Jarchovskýego, jak i świetnie cieniującej emocje gry aktorskiej trójki bohaterów) uwierzyć, że cała historia może zakończyć się jakkolwiek „inaczej”. Fabularnie film zmierza nieuchronnie – powoli, ale metodycznie – ku dołującemu finałowi (eksploatacyjna repryza okrucieństwa w slow-motion, z Stabat Mater i Nastassją Kinski w tle, okropne!), którego nikt ani nic nie jest w stanie zatrzymać, skierować na inne, mniej przewidywalne, tory. Jak można mówić o satysfakcji płynącej z obcowania z filmem, w którym wszystkie karty zostały odkryte, a widzowi, zamiast gry, przychodzi pełnić rolę biernego obserwatora? Tym razem słabo, ale i tak uwielbiam Hřebejka… 

ocena: 4/10 (ujdzie)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz