Search This Blog

Polecany post

Les beaux jours d'Aranjuez

Trafiając w próżnię, czyli „Piękne dni” Wima Wendersa.

Valhalla Rising

HOW SOFT YOUR FIELDS SO GREEN…



„We come from the land of the ice and snow, from the midnight sun where the hot springs blow. The hammer of the gods will drive our ships to new lands, to fight the horde, singing and crying: Valhalla, I am coming!” – Led Zeppelin, Immigrant Song

Wiele jest filmów, które potrafią złapać za gardło i przykuć naszą uwagę; jednak nie wiele z nich potrafi utrzymać ten stan rzeczy od początku do końca.

Valhalla Rising Nicolasa Windinga Refn’a – w impresjonistyczny sposób, opowiada o zagładzie Vikingów, której początków przychodzi nam szukać w osnutych mgłą górach Szkocji, poprzez symboliczną w swojej wymowie podróż, aż po finalną apokalipsę na końcu świata – tego Nowego. Choć na pierwszy rzut oka podobieństw – głównie warstwie osadzenia przedstawionej historii w konkretnych realiach, czy też w obrębie rzeczonego gatunku – próżno szukać w dreszczowcu Vinyan Fabrice Du Weltz’a, czy też specyficznej reinterpretacji Ciemnych Wieków średniowiecza w Gojoe Gakuryu Ishii; to jest jednak coś, co łączy te trzy filmy, a mianowicie niebywała intensywność w ukazywaniu czasów minionych, których istotą jest silnie zakorzeniona wiara.

Z filmu twórcy Drive wyziera śmiertelna powaga przedstawionego tematu, zarówno na płaszczyźnie opowiadanej historii, jak również podejścia aktorów do kreacji swoich ról; upiorność plenerów, złowieszcza w swojej wymowie electro-industrialna ścieżka dźwiękowa oraz fantasmagoryczny nacisk na symbolikę, duchowy wymiar wędrówki bohaterów Valhalla Rising, to wszystko składa się na dwoistość znaczeń filmu Refn’a, tak samo jak dwoisty jest człowiek w swojej budowie i naturze. Obcując z Valhalla Rising, nie sposób nie zaangażować się w osobliwość rzeczonej wędrówki, nieopisany dreszcz naturalnego, religijnego doświadczenia. Niemniej jednak warto zaznaczyć, że żaden z przytoczonych przeze mnie filmów nie dowodzi, nie manifestuje istnienia boga czy też bogów w ogóle, a jedynie podsyca fanatyczne pragnienie jego/ich obecności – bytu absolutnego gdzieś ponad nimi. Jednak samo pragnienie, poszukiwanie wyższej siły, może okazać się płonne, i istnieć tylko i wyłącznie w sferze wyobrażeń, niemających żadnego przełożenia na rzeczywistość.

Niemy, bezimienny i niezwykle niebezpieczny wojownik, jeniec wodza Barde – w miarę rozwoju fabuły określony, całkiem słusznie, przydomkiem Jednooki (genialny Mads Mikkelsen) – zrywa kajdany niewoli, mordując przy tym wszystkich swoich pogańskich oprawców, z wyjątkiem pewnego chłopca o imieniu Are (Maarten Steven), który okazywał mu życzliwość, kiedy ten przebywał w niewoli. Wkrótce trafiają na grupkę krzyżowców; przyłączają się do morskiej wyprawy, mającej na celu wyzwolenie Ziemi Świętej i ustanowienie Nowego Jeruzalem. Lecz szybko spowija ich mgła; gubią drogę, by ostatecznie – po frustrującym i wycieńczającym dryfowaniu – trafić na nieznany ląd, i dalej w górę rzeki, do jądra ciemności – finalnego przeznaczenia.

Każdy z uczestników wyprawy, wygląda obiecanej przez wodza odmiany; jednak nękani delirycznymi halucynacjami, pogłębiającym się z upływem czasu poczuciem dezorientacji i rozpaczy (nie wspominając o bezwzględnych tubylcach), pielgrzymi Nowego Jeruzalem szybko tracą rezon. Zaślepieni natłokiem własnych wyobrażeń o ziemi obiecanej, bohaterowie wpadają w pułapkę własnej próżności, religijnego fanatyzmu, a wiedzeni przez niemego proroka, staczają się wprost w otchłań przeznaczenia, które tylko on jest w stanie dostrzec.

Jeżeli Fear X był ukłonem w stronę Lyncha, a Bronson w stronę Kubricka, to Valhalla Rising zdaje się być hołdem złożonym Herzog’owi, może Tarkowskiemu. Kiedy Refn osadza swoich bohaterów w ekstremalnych okolicznościach, ograniczając do minimum ich przestrzeń życiową, czyni to z pełną świadomością ich przyszłego osunięcia się w mrok. Niczym demiurg panuje nad formą stworzonego przez siebie świata, obserwując ze stoickim spokojem piekło, które im zgotował.

Kiedy chrześcijaństwo zetrze się pogaństwem, niebiosa wchłoną piekło, a natura obróci się przeciwko kulturze, pozostaną tylko metafizyczne przymioty symbolu. Zupełnie jak w Źródle Darrena Aronofsky’ego, gdzie za czarną chmurą, znajduje się umierająca gwiazda – Xibalba. A gdy eksploduje, narodzimy się na nowo. Rozkwitniemy. A gdy rozkwitniemy, będziemy jeść – będziemy jeść, i będziemy żyć. Wiecznie.

Ocena: 8/10 (bardzo dobry)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz