Search This Blog

Polecany post

Una mujer fantástica

A Natural Woman, czyli „Fantastyczna kobieta” Sebastiána Lelio [ZWIASTUN]

Iron Sky

TAKE ME TO HEAVEN



Film, który jeszcze nie tak dawno temu (podczas tegorocznego Berlinale) był na ustach wszystkich; fińsko-niemiecko-australijska komedia sci-fi – Iron Sky (od 8 czerwca w kinie Sokół), to film o nazistach… z kosmosu – tak – a właściwie z ciemnej strony Księżyca. Absurdalne założenie, jakoby w 1945 roku grupa nazistów opuściła Ziemię, założyła bazę dowodzenia vel statek kosmiczny na Księżycu, wyczekując roku 2018, aby wtedy przepuścić atak na planetę matkę i zaprowadzić nowy nazistowski ład europejski.

Warto zaznaczyć na wstępie, że jeszcze stosunkowo niedawno, bo w 2009 roku, motyw nazizmu zaznaczył swoją obecność w filmie, z gatunku komedio-horrorów; Dead Snow Tommy’ego Wirkoli, bo o nim mowa – film, w którym naziści przybrali formę grasujących oddziałów zombie pod wodzą porucznika Herzoga, wpisuje się w podobną tematykę, równie absurdalną w formie, co najnowszy film Timo Vuorensoli. 

Są filmy dobre, przeciętne, i są filmy złe; są jeszcze filmy tak złe, tak beznadziejne, że aż dobre. John Waters, jeden z prekursorów kina transgresyjnego, swego czasu stwierdził że „aby zrozumieć zły smak, trzeba mieć wyczucie dobrego smaku.” Kino złego smaku nie jest wynikiem kompletnej ignorancji ze strony twórcy, a jedynie kwestią świadomie obranej estetyki – w przypadku Timo Vuorensoli i jego filmu, czysto parodystycznej.

Strona wizualna Iron Sky, przepełniona całkiem sprawnie zrealizowanymi efektami specjalnymi, z humorystycznym elementem w postaci nostalgicznego w wymowie utworu Take Me to Heaven, słoweńskiego zespołu Laibach (scena otwierająca); to wszystko zdaje się układać w koherentną całość. Ale tylko pozornie. W miarę rozwoju fabuły zaczyna docierać do nas cały natłok absurdalnych sytuacji przedstawionej historii. Prezydent Stanów Zjednoczonych wysyła na Księżyc czarnoskórego modela – Jamesa Washingtona (Christopher Kirby), w nadziei na reelekcję. James przypadkowo odkrywa bazę nazistów, i pojmany, zostaje siłą rzeczy włączony w plan inwazji na planetę Ziemię. Będąc w niewoli, James poznaje Renatę Richter (Julia Dietze), nauczycielkę-nazistkę, która już na wstępie, traci odzienie w totalnie absurdalnej scenie próby ucieczki Jamesa Washingtona z kosmo-bazy nazistów. 

Dialogi w Iron Sky są zatrważająco słabe, a żarty stoją na żenującym poziomie; są tak beznadziejnie słabe, że aż dobre. Dodatkowo, niezwykle jednoznacznych odniesień można dopatrywać się w kreowanych postaciach; chociażby pani prezydent Stanów Zjednoczonych, czyli mentalna i fizjonomiczna kopia republikanki Sary Palin. Ponadto odniesienia do Dyktatora Charliego Chaplina, wychwalanego pod niebiosa przez Renatę Richter, jako najwybitniejszego filmu krótkometrażowego, który był tak naprawdę niezredagowaną wersją filmu.

Nad wyraz dobrze w Iron Sky prezentują się efekty specjalne. W miarę zawiązywanie się akcji filmu; owej długo przygotowywanej, przez podstępnych kosmo-nazistów, inwazji na planetę Ziemię, jak również samej inwazji; efekty wizualne, które zostają nam wtedy zaserwowane, to ograne do bólu schematy, wręcz żywcem wyjęte z typowych hollywoodzkich produkcjach sci-fi, jak chociażby Dzień Niepodległości Rolanda Emmericha. Pomimo tego, że film jest mocno osadzony w ramach kina klasy B, to efekty specjalne – głównie sceny batalistyczne w kosmosie, wypadają całkiem zadowalająco. Jednak kiedy akcja przenosi się na terytorium Ziemi, efekty tracą na wiarygodności.

Jakkolwiek wulgarny i farsowym w swoim wyrazie, zadaje się być najnowszy film Timo Vuorensoli; pomimo niebywałego natłoku wad niemal na każdej płaszczyźnie, nie da się ukryć, że ogląda się go w miarę bezboleśnie. Iron Sky kieruje się watersowskim imperatywem złego smaku – to fakt; jednak to, co nie daje mi spokoju, to nie mankamenty strony wizualnej, realizatorskiej, czy też luki w scenariuszu, ale nienależycie wyeksploatowane pokłady geniuszu aktorskiego Udo Kiera, filmowego Führera. 

Summa summarum, włączenie Iron Sky do programu prestiżowego festiwalu filmowego w Berlinie może dziwić, jednak taki zabieg bardziej świadczy o poczuciu humoru organizatorów, a nie o ich złym smaku.

Ocena: 6/10 (niezły)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz