Search This Blog

Polecany post

Les beaux jours d'Aranjuez

Trafiając w próżnię, czyli „Piękne dni” Wima Wendersa.

Gimme Danger

Prostowanie środkowego palca, czyli „Gimme Danger” Jima Jarmuscha.

opis filmu: Iggy Pop i muzycy z The Stooges zdradzają Jarmuschowi historie swoich wzlotów i upadków, blaski i cienie niebezpiecznego życia, a także wspominają największe prowokacje.

Gimme Danger (2016), reż. Jim Jarmusch


recenzja: James Osterberg, znany szerszej publiczności jako Iggy Pop, znany również jako wokalista szacownej amerykańskiej protopunkowej grupy The Stooges, to nie tyle namacalny symbol rocka i idol światowej popkultury, sceniczny i pozasceniczny błazen, wariat i nałogowy ekshibicjonista, personifikacja swoich czasów i archetyp wszelkich wywrotowych przymiotów łączonych z rock'n'rollowym stylem życia. Pop to również, a może przede wszystkim – ikona, którego największym dokonaniem, niepojętym dla większości fanów, publicystów, biografów, dziennikarzy, osób żywo interesujących się muzyką, jak i jego najbliższego otoczenia, jest to... że jeszcze żyje.

Z kolei Jima Jarmuscha, guru amerykańsko-europejskiego kina niezależnego, przedstawiać raczej nie trzeba. Z jednej strony jego twórczość nie jest w żaden sposób elitarna, z drugiej naznaczona estetyką leżącą daleko poza tym, co można określić mianem mainstreamu, w kontekście dokumentu Gimme Danger (2016), punkt wspólny i niezaprzeczalny leżący między twórcą a tworzywem. 

Niemniej jednak Gimme Danger to jeden z bardziej etykietalnych filmów, jakie wyszły spod ręki twórcy The Limits of Control (2009). Narzucona przez reżysera konwencja jest konwencją celową i bardzo osobistą; film jest przecież hołdem złożonym „najlepszemu rockowemu zespołowi na świecie”, z drugiej strony funkcjonuje jako smutna diagnoza ówczesnego przemysłu fonograficznego, próbującego normalizować wszystko to, co miało potencjał zaistnieć w zbiorowej świadomości jako zjawisko i na własnych autonomicznych prawach stać się czymś więcej niż było w rzeczywistości. To również mocny sierpowy wymierzony we wszystkich, którzy pozwolili się „przemielić” wielkim wytwórniom, stając się gotowym produktem schlebiającym masom i panującej koniunkturze na prezentowane przez ówczesne kapele treści i muzykę. Iggy staje się u Jarmuscha Chrystusem popu, orbitującym wokół zalatującego obłudą przemysłu rozrywkowego; ostatnim bastionem twórczego nonkonformizmu, tego scenicznego i pozascenicznego, ubranego w formę konwulsyjnego szału i destrukcji, którego głównym założeniem, stojącym za powstaniem The Stooges, było przepoczwarzenie się w kogoś, kto pogrzebie zbudowaną na fałszywych założeniach popkulturę lat 60.

Film Jarmuscha jest filmem bardzo przystępnym formalnie, w którym reżyser, zakładając na szyję ciasny krawat dokumentalnej konwencji, z jednej strony przeplata archiwalia z „gadającymi głowami”, z drugiej równoważy całość animowanymi wtrętami zakrzywiającymi punkty węzłowe związane z historią zespołu. Świadome i zrozumiałe zarazem, gdyż typowa dla Jarmuscha retoryka – bądź jak kto woli – udawana powaga, w zderzeniu z artystą tak „popapranym” jak Pop, nie miałaby racji bytu.

Owocem mezaliansu Jarmuscha z Iggym jest film Gimme Danger, który przy jednoczesnej pochwale ekstatycznych wzlotów zespołu, usprawiedliwia jego bolesne upadki. Reżyser nie wydziela wiele miejsca dla Iggy'ego Popa, bardziej Iggy'ego Stooge'a, pomijając cały aspekt jego solowej kariery, która w wielu miejscach była dalece bardziej zróżnicowana i komercyjnie „przyswajalna” niż ta, której przewodził pod koniec lat 60 i na początku 70. Celem Jarmuscha jest podzielenie się z widzem tym, czym dla niego osobiście jest The Stooges: punktem zero, „grabarzem” ugrzecznionych kapel lat 60., omegą wszystkich muzycznych epigonów wykarmionych na grzbiecie zespołu. 


b a r d z o  d o b r y

1 komentarz:

  1. Iggy połknąłby nas wszystkich na obiad gdyby tylko chciał.

    OdpowiedzUsuń