Search This Blog

Polecany post

Les beaux jours d'Aranjuez

Trafiając w próżnię, czyli „Piękne dni” Wima Wendersa.

La tête haute

Ze spuszczoną głową, czyli „Z podniesionym czołem” Emmanuelle Bercot.

opis filmu: Młodociany przestępca Malony, porzucony w dzieciństwie przez matkę, zostaje wysłany do ośrodka wychowawczego gdzie odnajduje szansę na ratunek.

Z podniesionym czołem (2015), reż. Emmanuelle Bercot


recenzja: Z podniesionym czołem (La tête haute, 2015, E. Bercot) zapewne nie uniknie porównań z takimi pozycjami jak: Starred Up (2013, D. Mackenzie), Poliss (Polisse, 2011, Maïwenn), Chłopiec na rowerze (Le Gamin au vélo, 2011) braci Pierre'a i Jean-Luca Dardenne'ów, filmów biorących w krzyżowy ogień zbieżną poniekąd problematykę co ta poruszona u Bercot. Scenariusz, współtworzony z Marcią Romano, dawał nadzieję na obraz z jednej strony intensywny, afirmujący życie, z drugiej budzący wiarę w lepsze jutro. Jednak brak pogłębienia, irytujące na dłuższą metę elipsy i repetycje, jak również przygnębiająco oczywiste wybory co do oprawy muzycznej sprawiają, że choć zbieżny myślowo z tezami stawianymi już przez François Truffaut'a w 400 batach (Les quatre cents coups, 1959), ostatnio w Mamie (Mommy, 2014) Xaviera Dolana, film ginie w porównaniu, bez wartości dodanej, czegoś, co wykraczałoby poza wybory dokonane wcześniej (chociażby przez tę garstkę twórców przytoczonych powyżej). A to tylko czubek góry lodowej. Z podniesionym czołem to studium poranionej natury ludzkiej, lecz bez narracyjnej podbudowy, stojący w rozkroku między socrealizmem a sentymentalizmem, w którym każda kolejno odhaczana scena stanowi gorzkie acz zaprawione cukrem lekarstwo, by widz mógł z jednej strony odczuć działanie, z drugiej nie zraził się co do kolejnych dawek.

Nie oznacza to jednak, że film Bercot jest słaby – bynajmniej. Z podniesionym czołem to film o sporej sile rażenia, wygrywający świetnym trójkątem aktorskim tworzonym przez Roda Paradota (młody gniewny Malony) oraz Benoîta Magimela (Yann, pracownik socjalny i opiekun chłopca) i Catherine Deneuve (sędzia dla nieletnich Florence). Malony swoim sposobem bycia przypomina Steve'a z Mamy Dolana, jednak w przeciwieństwie do kreowanej przez Antoine'a-Oliviera Pilona postaci, próżno doszukiwać się w nim jakichkolwiek oznak skruchy za swoje czyny. Paradot wypada nad wyraz przekonująco, i choć negowanie wszystkiego, co tylko nie jest zbieżne z jego widzeniem świata, na dłuższą metę staje się męczące, monotematyczne i stanowi drogę donikąd, rekompensowane jest z nawiązką wątkiem pobocznym, któremu na imię Tess (Diane Rouxel). Film Bercot został podzielony na dwie części, z których pierwsza – mająca z założenia stanowić terapię – oscyluje wokół całej gamy natręctw, wybuchów gniewu i ataków szału, wydawałoby się, z pozornie błahych powodów. I tutaj pojawia się Catherine Deneuve i jej Florence, druga po Malonym mocno zarysowana postać cechująca się anielską wręcz cierpliwością względem swojego podopiecznego, powściągliwa w swoich zapędach pedagogicznych, co rusz szafująca wyświechtanymi frazesami, która na pierwszy rzut oka zdaje się wyrządzać więcej szkód niż pożytku. Podejmowane przez nią decyzje, nierzadko chybione (chłodne, lecz podskórnie afektywne), jak i te nieprzychylne względem chłopca, trafiają w nią rykoszetem, sprawiając, że żadna ze stron nie zyskuje w chaotycznie prowadzonym procesie resocjalizacyjnym. Druga część filmu natomiast – zdecydowanie bardziej interesująca i paradoksalnie o niebo bardziej terapeutyczna – celuje w rodzące się uczucie pomiędzy Malony'em a Tess (Diane Rouxel), dziewczyną z problemami, która tak samo jak główny bohater trafia do zakładu poprawczego.

Roman Polański przyznał w jednym z wywiadów, bodajże podczas zdjęć do filmu Co? (What?, 1972), że: „przykre dzieciństwo nie jest powodem ku temu, aby być przykrą osobą”. Film Bercot to antyteza przytoczonych przez twórcę – nomen omen – Tess (1979) słów. Widz, zupełnie jak opiekunowie Malonya, zostaje zamknięty sam na sam z zarozumiałym, samolubnym, agresywnym i stojącym fochy chłopcem, który nie ma najmniejszej ochoty na to, aby otworzyć się ze swoimi problemami i, co za tym idzie – na zmianę. Do tego nadmierna troska i stoicki wręcz spokój (może za wyjątkiem jednej sceny, w której to opiekun Yann traci panowanie i uderza głową chłopca o framugę okienną), którymi epatują wszyscy zajmujący się problemem Malonya, bez względu na to, czy ten stanowi oazę spokoju, czy wybucha niepohamowaną agresją lub szałem słownym. Bercot stawia ryzykowną tezę, iż w zestawieniu natury z wychowaniem to drugie musi polec. Zmiany oczywiście nadchodzą, nazbyt gwałtownie, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, której na imię Tess, co nie jest specjalnie obiecującym prognostykiem na przyszłość. Malony to bohater tragiczny, porzucony przez reżyserkę w punkcie wyjścia, natomiast odmiana tycząca się jego osoby bazuje na jak nie szczeniackich-wzlotach-i-bolesnych-dołach, to zaklinaniu rzeczywistości, co dobitnie obrazuje finałowa scena. Niby zmieniło się wszystko, choć tak naprawdę nic (bądź stosunkowo niewiele).  

Po seansie filmu Bercot wychodziłem bardziej ze spuszczoną głową niż z podniesionym czołem. Tempo filmu to istny koszmar, nagła przemiana wewnętrzna bohatera oraz odkupienie win w ostatnich 30 minutach w żaden sposób nie idzie w parze z całą resztą. Film nierówny, ale broni się aktorsko. Zobaczyć można. 


ś r e d n i

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz