Search This Blog

Polecany post

Les beaux jours d'Aranjuez

Trafiając w próżnię, czyli „Piękne dni” Wima Wendersa.

Southpaw

Cierpieć, jak to łatwo pokazać, czyli „Do utraty sił” Antoine'a Fuquy.

opis fabuły: Pomimo przeciwności losu, bokser stara się powrócić na szczyt i odzyskać dobre imię.

„Do utraty sił” (2015), reż. Antoine Fuqua


recenzja: Za większością filmów o tematyce bokserskiej, które już od dekad stanowią doskonałą pożywkę dla mas, stoi jedno główne założenie: walki, które przychodzi stoczyć pięściarzom na ringu to nic w porównaniu z tym, co czeka ich poza nim. Oczywiście to, w jaki sposób idea zostaje przełożona na gatunkową formułę, czyni różnicę pomiędzy „Wściekłym bykiem” (1980) Martina Scorsese a „Legendami ringu” (2013) Petera Segala, pomiędzy serią o Rockym Balboa a „Gladiatorem” (2000) Ridleya Scotta. 

Billy’ego Hope’a (Jake Gyllenhaal), głównego bohatera „Do utraty sił” (2015) Antoine'a Fuquy, poznajemy, kiedy ten jest już u szczytu sławy, ma piękną i kochającą żonę Maureen (Rachel McAdams), uroczą córkę i oddanego menedżera, który dba o jego finanse, ustawiając kolejne wygrane walki Mistrza. Jeden wieczór zmienia wszystko. Sprowokowany przez aroganckiego pretendenta do tytułu, Miguela Escobara (Miguel Gómez), wdaje się w bójkę, w wyniku której ginie jego żona. Jakby tego było mało, wkrótce Billy’emu odebrane zostaje dziecko, jedyna córka Leila, która trafia do pogotowia społecznego, a on sięga dna. Zlicytowany i pozbawiony jakichkolwiek środków do życia postanawia zacząć wszystko od nowa. Wsparcie znajduje na sali treningowej prowadzonej przez niejakiego Ticka Willsa (Forest Whitaker), niegdyś ponadprzeciętnego pięściarza, obecnie trenera i mentora całego, młodego bokserskiego podziemia. To właśnie tam, w śmierdzącej norze Willsa, Hope szuka schronienia, by pod pieczą nowego trenera zebrać siły do stoczenia walki życia, której motorem napędowym będzie odzyskanie córki, zrewidowanie wyznawanej dotąd hierarchii wartości i poukładanie spraw na nowo.

Kurt Sutter, autor scenariusza najnowszego filmu Fuquy, fenomenalnie rozpisał nie tyle kwestie bohaterów, co całą „fizykę” poruszania się Billy’ego Hope’a. Gyllenhaal w sposób bardzo sugestywny ukazuje sylwetkę pięściarza z krwi i kości, rozpościerając przed widzem cały wachlarz, nie tyle bokserskiego efekciarstwa i prowokatorskich przyruchów, co autentycznej i idiosynkratycznej zarazem manifestacji, czym jest pięściarski dogmat – na ringu i poza nim. Choć to, co prezentuje poza ringiem odbiera cały splendor temu, co ma miejsce w wypełnionych po brzegi arenach. Obserwując postać graną przez Gyllenhaala w sytuacjach skrajnych widzimy, jak wyzwala się w nim agresja, pręży sylwetkę, jest zwarty i gotowy do wyprowadzenia kolejnego ciosu nawet wtedy, kiedy faktycznego przeciwnika brak. Kiedy znów widzimy Hope’a w sytuacjach kłopotliwych, ten momentalnie przechodzi do taktyki obronnej, chowa się za gardą, jakby chciał sparować cios. Aktorowi w sposób niezrównany udało się nakreślić sylwetkę pięściarza oddanego swojej dyscyplinie, przenoszącego – gdzieś podskórnie, podprogowo – zachowania z ringu na codzienną rzeczywistość. Metodyczność Gyllenhaala w kreowaniu swojej postaci budzi szczery podziw. Jego Billy jest silny i bezbronny zarazem; odczuwa swój świat całym sobą, choć zdarza mu się tracić rezon za każdym razem, kiedy przychodzi mu ten świat opuścić, czy to na rzecz nudnej rutyny, zwykłego-niezwykłego obycia wśród tłumu, jak również swojej rodziny – żony prowadzącej go za rączkę i oczka w głowie, córki Leily.

To, co „bije po głowie” od strony technicznej to ciekawy zabieg z wykorzystaniem kamery jako substytutu głowy pięściarza. Podczas do bólu naturalistycznych sekwencji scen, kamera odskakuje za każdym razem, kiedy Billy, bądź jego oponent, przyjmuje na twarz kolejny „prosty”. Przez ten niezwykle banalny, ale jakże nośny zabieg, jesteśmy w stanie odczuć namiastkę stanu, w którym znajduje się pięściarz w trakcie toczonego pojedynku – minus ból oczywiście. To coś, czego nie uświadczyłem w żadnym oglądanym przeze mnie filmie o tematyce bokserskiej. Ciekawe i godne odnotowania.

Żeby nie było tak laurkowo. Problem z odbiorem „Do utraty sił” leży w jego tonie. W sumie pasuje mi, że aura, która roztacza się nad najświeższym dokonaniu Fuquy, jest do szpiku kości minorowa, a sam bohater dramatu jest kompletnie antypatyczny. Kibicujemy mu bardziej z w względu na córkę, pamięć o żonie i tkwiącą w każdym z nas, gdzieś podprogowo, atawistyczną emocję zemsty, jeżeli tego wymaga „dobre imię” i tzw. „sprawa”. To, co uderza „poniżej pasa” to brak oddechu, mniej lub bardziej odreagowanego humorem przełamania. Wszystko odegrane na jednej nucie, tak jakby każdą sceną Fuqua chciał udowodnić, jakim wielkim cierpiętnikiem jest wykreowana przez niego postać. Cierpi za żonę, córkę i miliony (te upłynnione z konta rzecz jasna). Na przestrzeni niespełna dwugodzinnej fabuły takie przedstawienie rzeczy zaczyna bardziej męczyć niż zyskiwać.

Ponadto sposób, w jaki reżyser rozwiązuje problem z niepohamowanymi wybuchami agresji u Billy’ego, które po części doprowadziły do odebrania mu przez sąd córki Leily, pozostawia wiele do życzenia. Pomimo tego, że z nakazu sądu Billy zostaje skierowany na terapię zastępowania agresji, w filmie nie uświadczymy ani jednej sceny, w której główny bohater poddaje się zalecanej kuracji. Skonfrontowanie Billy’ego z sytuacjami tego typu fabularnie scementowałoby jego poczynania, uwiarygodniając cały proces leczenia, ale i dochodzenia do równowagi psychicznej po stracie żony i odebraniu dziecka. Wychodzi na to, że u Fuquy kozetkę specjalisty-psychologa może równie dobrze zastąpić zatęchła sala treningowa emerytowanego pięściarza alkoholika. No nie wiem…

Film z pewnością wart obejrzenia, chociażby ze względu na wspaniale sportretowaną przez Jake’a Gyllenhaala postać Billy’ego Hope’a, werystyczne i trzymające w napięciu sekwencje walk i ciekawe zabiegi techniczne z wnętrza ringu. Natomiast nazbyt chmurny ton, brak pogłębienia, nie tyle sylwetki bohatera, co wszelkich procesów stojących za jego przemianą – w dochodzeniu do równowagi psychicznej po stracie żony i córki, jak również kontrolowaniu wybuchów agresji – powoduje, że film traci na wiarygodności i plasuje „Do utraty sił” gdzieś na granicy filmowego „mordobicia” i taniej psychodramy. Niemniej jednak mocna 6-tka. Polecam.  


n i e z ł y

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz