Search This Blog

Polecany post

Una mujer fantástica

A Natural Woman, czyli „Fantastyczna kobieta” Sebastiána Lelio [ZWIASTUN]

Northmen: A Viking Saga

Akcja-imitacja, czyli „Saga Wikingów” Claudio Fäha.

opis filmu: Wikingowie po wygnaniu z ojczyzny udają się do Anglii, aby skradzionym uprzednio złotem wykupić swoją wolność.

„Saga Wikingów” (2014), reż. Claudio Fäh


recenzja: Na pierwszy rzut oka „Saga Wikingów” (2014) posiada wszystko to, czym powinna karmić się pełna przepychu, nieustająca w ciągłym „podkręcaniu” akcji, ociekająca teatralnością i czarnym sentymentalizmem superprodukcja – fabularna wydmuszka, w której próżno szukać czegoś, co wykraczałoby poza intryganctwo, potyczki i romanse – gdzie patos wiedzie prym, słowo wyprzedza myśl, a bitewny amok – zdrowy rozsądek. I nie ma w tym nic złego – taka konwencja. To, co przeszkadza i zwyczajnie irytuje w kontekście najnowszego projektu Claudio Fäha i jednocześnie skłania do stawiania pytań zarówno o cel powstania całego filmu, jak i sens robienia obrazków aspirujących do czegoś, czym nigdy nie będą – to silenie się twórców, aby na europejskim podwórku stworzyć skrojony na hollywoodzką modłę „blockbuster”, który zwali wszystkich z nóg, wprawi w osłupienie światową krytykę, zmiatając jednocześnie dziesiątki rokrocznie schodzących z taśmy Fabryki Snów kinowych hitów. Błagam… 

„Sagę Wikingów” nakręca konflikt jako wypadkowa nieszczęśliwego splotu wydarzeń. Tytułowi Wikingowie pozbawieni statku i wyrzuceni przez sztorm w bliżej nieokreślonym miejscu gdzieś na terenach Szkocji, zmuszeni są odrzucić na bok pierwotny cel ich wyprawy (rabowanie czego się da w imię wolności) i przejść do planu B: przetrwanie za linią wroga i ucieczka do rządzonej przez swoich pobratymców osady Danelaw. Nie byłoby w tym wszystkim nic aż tak ekscytującego, gdyby nie wspomniany z początku konflikt na linii nieugięty wódz Wikingów Asbjörn (Tom Hopper)-Król Dunchaid (Danny Keogh), którego konwój, a w zasadzie jego zawartość – znajdująca się w nim córka i wieszczka zarazem Lady Inghean (Charlie Murphy) – wpada w ręce brodatych wojów z północy. Konsekwencje, jak to łatwo przewidzieć, przybierają formę zakrojonej na szeroką skalę nagonki ze strony niejakiego Wilczego Stada, oddziału nieprzebierających w środkach najemników Króla. Niespodziewanie z pomocną dłonią wychodzi Wikingom tajemniczy mnich-wojownik Conall (Ryan Kwanten), który dołącza do ekipy Asbjörna i, pełniąc rolę oświeconego przewodnika stada, postanawia wspomóc ich nie tyle w samej walce, co przede wszystkim w przeprawie do miejsca-azylu, któremu na imię Danelaw.

To, co można uznać za atut vel obraną przez twórców konwencję, dla osób szukających w kinie czegoś ponad, może okazać się miałkie i zwyczajnie niewystarczające. „Sagę Wikingów” charakteryzuje i kompromituje jednocześnie, no może z pominięciem kilku one-linerów – nieco przesuszonych, ale jednak – nieznośne wprost zadęcie, które z czasem bardziej śmieszy, niż buduje. I to jest zasadniczy problem względem odbioru najnowszego filmu Fäha, jako że męstwo, wojowniczość i nadludzka wręcz determinacja ekipy Asbjörna – tak dobitnie podkreślane z każdym kolejno odhaczanym i niedającym się pomieścić w głowie fabularnym twistem – to wszystko podsycane napuszoną frazeologią i magią porywających sloganów, w miarę jak fabuła posuwa się naprzód zaczyna tracić na sile rażenia i jakimkolwiek znaczeniu. Reżyser wykłada kawę na ławę, i rezygnując siłą rzeczy z niedopowiedzeń, aluzji, jakiejkolwiek bądź metaforyki, odziera swój film z tzw. „drugiego dna”. Skrajna dosłowność „Sagi…” – niepozostawiająca miejsca na wyobraźnię, jak również inną od zamierzonej przez twórców interpretację filmu – kastruje ją z inteligencji i wielowymiarowości, i nie będzie stanowić żadnego wyzwania dla zaprawionych w bojach fanów kina przygodowego. Jakby tego było mało, film ciągną na dno nienajlepsze efekty specjalne jako pseudo-dopełnienie sekwencji bitewnych, jak również sceny walk same w sobie, odarte z jakiejkolwiek choreografii, dokumentnie zmasakrowane przy montażu i podane w taki sposób, aby kompletnie nie można było rozpoznać kto z kim walczy i po co.

Film od całkowitej klapy ratują przepięknie skomponowane zdjęcia plenerowe niczym żywy organizm mise-en-scène, który wychodząc poza ramy inscenizacji jako element oprawy samej w sobie, staje się – obok tytułowych Wikingów i całej watahy szwarccharakterów – pełnoprawnym bohaterem sagi. To jednak za mało, aby przyćmić szereg niedostatków projektu Fäha, którego ambicje były spore, a zamiary być może szczere, jednak przekucie tego w coś, co wychodziłoby poza sztampę i schematyzm hollywoodzkich „przygodówek” klasy B, rokrocznie zalewających rynek w ilościach zastraszających, okazało się ponad jego siły. Innym razem?    


u j d z i e

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz