Search This Blog

Polecany post

Les beaux jours d'Aranjuez

Trafiając w próżnię, czyli „Piękne dni” Wima Wendersa.

Miasto 44

Przez ciernie do… mas, czyli „Miasto 44” Jana Komasy.

zarys fabuły: Miłość dwojga młodych ludzi zostaje wystawiona na próbę, gdy 1 sierpnia 1944 wybucha Powstanie Warszawskie.

„Miasto 44” (2014), reż. Jan Komasa
mini-recenzja: Zacznę od tego, że nie jestem wielkim fanem twórczości Jana Komasy – ani tej dłuższej, ani krótszej, ani tej wspólnej. Jego debiut fabularny, który naprędce została okrzyknięty „głosem młodego pokolenia”, był dla mnie obrazem zupełnie obcym, wręcz hermetycznym; żaden tam „oścień w ciele”, a gigantyczna, uwierająca drzazga pod skórą pseudo-problemów wkraczających w dorosłość nastolatków, ich konfliktów, wizji rzeczywistości zawieszonej w próżni wyobrażeń o niej samej. „Sala samobójców” (2011) nie miała w sobie mocy sprawczej; bohaterowie byli nazbyt rozedrgani, pragnący wszystkiego naraz; funkcjonujący w poczuciu, jak trafnie ujął to swego czasu Michał Walkiewicz, że to właśnie tu i teraz spadnie złoty deszcz, rozbiją bank i zgarną główną nagrodę, która rzekomo im się należy (jakby cokolwiek na tym świecie nam się należało) i zdołają jednocześnie „pokonać smoka, uratować królestwo i przelecieć wróżkę”. Może mało we mnie emo-kultury, ale nie jestem zwolennikiem smolistego makeup’u, depresyjnej muzyki, ostrych żyletek i barbituranów. Wybaczcie… Ale nie o „Sali samobójców” miała być mowa. „Miasto samobójców”… przepraszam „Miasto 44” podskórnie dzierży sztandar tej samej idei, co „Sala…” i jest to… no właśnie, co? Dramat wojenny utrzymany w stylistyce komputerowego shootera, skrojony na hollywoodzką modłę romans/erotyk, którego nie powstydziłby się sam Tinto Brass, gdyby miał dziadka w Wehrmachcie, horror typu gore, a może teledysk? Każdy znajdzie coś dla siebie, co nie jest wadą, ale też i nie chwałą najnowszego filmu Komasy. W kontekście „Miasta 44” można przyczepiać się do wielu rzeczy: fatalnego scenariusza, a w zasadzie jego braku, nienajlepszego aktorstwa, ścieżki dźwiękowej (Czesław Niemen, dubstep i zakazane piosenki – muzyczny koktajl Mołotowa, lecz bez benzyny, lontu i ognia), efekciarstwa, hipsterii, przerostu formy nad treścią, neobaroku wszystkiego, a to tylko czubek góry lodowej, któremu na imię „Miasto 44”. To czego nie można odmówić projektowi Komasy to fenomenalnych efektów specjalnych i odwagi ekipy w ich realizacji. Dopracowana pod względem technicznym scenografia i dopieszczona charakteryzacja, to wszystko przenosi, ba!, wbija widza w gruzowiska powstańczej zawieruchy i chaos wojny. Ciekawie poprowadzony został cały ciąg zdarzeń zawarty w relacjach powstańców z innymi powstańcami; podejmowane pod wpływem impulsu decyzje, bez chwili zastanowienia i co za tym idzie – ich tragiczne konsekwencje. Jeżeli prawdą jest, podług słów Wiktora Hugo, że każda krytyczna sytuacja miewa swoje błyskawice, to w najnowszym filmie Komasy mamy istne wyładowania, tubalne ognie niebieskie rażące wszystko i wszystkich na swojej drodze. Obraz, który wyłania się z „Miasta 44”, to obraz skrajnie eksploatacyjny, do-szpiku-kości naturalistyczny, który może przyprawić co wrażliwszych o palpitacje serca; w którym świst kul, wybuchy, walające się wszędzie i w każdej formie szczątki ludzkie, pot, krew i łzy wiodą prym, a na końcu i tak zwycięża miłość. Dziwny jest ten świat…      

ocena: 4/10 (ujdzie)

2 komentarze:

  1. W przyszłym tygodniu idę do kina na "Miasto 44". Ciekawe, czy moje wrażenia po obejrzeniu będą podobne do Twoich. Dość krytycznie podchodzisz do tej produkcji, a może raczej do samego reżysera ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. no i git.... kolejny powód, żeby olać ten film. pewnie go obejrzę, tak jak oglądam większość produkcji polskich z tzw.wyższej półki i już czuję pismo nosem, jak to się skończy. "Kamienie na szaniec" odłogiem leżą na dysku i ból gardła mnie ściska, bo też wiem, jak się to skończy :-) Takie mamy polskie kino, niestety z bardzo, ale to bardzo małymi wyjątkami.

    OdpowiedzUsuń