Search This Blog

Polecany post

Una mujer fantástica

A Natural Woman, czyli „Fantastyczna kobieta” Sebastiána Lelio [ZWIASTUN]

Hobbit: Niezwykła Podróż

CZEMU HOBBIT?

Marek Hłasko stwierdził swego czasu, że „prawda przemawia przez usta dzieci i pijaków.” Postanowiłem utwierdzić się w tym przekonaniu, rezygnując z towarzystwa tych drugich na rzecz dwóch bystrych młodzieńców, których namówiłem, aby towarzyszyli mi w tej niezwykłej podróży filmowej, dzieląc się przy okazji swoimi niecodziennymi spostrzeżeniami, które postaram się przemycić w poniższej recenzji. 

Martin Freeman jako Bilbo Baggins

Osobiście muszę przyznać, że byłem mocno rozczarowany, gdy dowiedziałem się, że Peter Jackson przymierza się do ekranizacji Hobbita, kolejnej po Władcy Pierścieni adaptacji powieści Tolkiena. Moje rozczarowanie przybrało dodatkowo na sile w momencie, kiedy to odkryłem, że twórca Nostalgii anioła (2009) postanowił rozbić ekranizację owej nieprzesadnie rozbudowanej powieści, na trzy osobne filmy. Pomimo tego, że po obejrzeniu pierwszej odsłony trylogii – Hobbit: Niezwykła podróż (2012) – moje obawy zostały częściowo rozwiane, to nadal uważam, że poprzez rozciągnięcie do granic możliwości zdarzeń mających miejsce w Hobbicie Tolkiena, traci tylko sama powieść, a film wzbogaca się o nic nie wnoszące fabularne i sceniczne zapchajdziury. Weźmy na przykład początkowe sekwencje scen, w których to Bilbo Baggins (Martin Freeman) poznaje grupkę krasnoludów; targany wątpliwościami decyduje się do nich przyłączyć, i finalnie wyrusza w tytułową niezwykłą podróż. Wszystko to (a może tylko to) zostało rozwleczone do prawie 90 minut 170 minutowego filmu. 

Ponadto liczne humorystyczne sceny ulegają (niestety) pod naporem tych przegadanych. Bohaterowie Hobbita są niebywale wylewni, skłonni do zwierzeń i patetycznych przemówień, jednak w żadnym wypadku nie przekłada się to znaczenie, które można było uchwycić w kilku zdaniach. Cisną mi się na usta słowa Samuela Becketta, który stwierdził swego czasu, że „każde słowo jest jak niepotrzebna plama na ciszy i nicości”. Obcując z dziełem Jacksona, więcej mówiły mi genialne partytury Howarda Shore’a (częściowo znane z Władcy Pierścieni), momenty ciszy przed burzą kolejnych potyczek, niż często-gęsto zupełnie niepotrzebnie wypowiadane kwestie bohaterów. 

Abstrahując od licznych wady natury koncepcyjnej, reżyser dostarcza widzowi wszystko to, co stanowić winno o dobrej zabawie i nieprzeciętnych doznaniach estetycznych. W jednej ze scen elficka królowa Galadriela (Cate Blanchett) pyta Gandalfa (Ian McKellen) o powód wcielenia Bilbo Bagginsa w szeregi kompanii, mającej na celu odbicie skarbu przodków krasnoludów z Samotnej Góry i zgładzenie smoka Smauga, który zagarnięcia ich skarbu niechybnie się dopuścił: „Dlaczego niziołek?” Gandalf odpowiada: „Może dlatego, że się boję, a on daje mi siłę.” Pomimo nie tyle obaw Gandalfa, co swoich własnych, przytoczona siła Hobbita tkwi nie w samych wydarzeniach, co w sposobie ich przedstawienia. Scena spotkania Bagginsa z kichającym górskim trollem, czy chociażby sekwencja potyczki dwóch skalnych olbrzymów wbija w fotel. Rozbudowany finał, który przenosi widza do krainy goblinów, gdzie drużyna napotyka na ich zmasowany opór, to przykład solidnego kina akcji w najlepszym wydaniu; sceny akcji są na tyle zajmujące, że pozwalają na moment zapomnieć o niepotrzebnie wydłużonej fabule i nazbyt rozwlekłych monologach. Nie sposób przyczepić się do oprawy wizualnej twórcy Martwicy mózgu (1992); efekty specjalne są oszołamiające, a zastosowanie technologii 3D jak najbardziej stosowne, oddające niepowtarzalną głębię efektu w kontekście postaci, jak i samych plenerów. 

Na szczególną uwagę zasługuje kreacja Martina Freemana, wcielającego się w rolę Bilbo Bagginsa, którego przemiana z nieśmiałego i znerwicowanego odludka w dzielnego bohatera wypada nad wyraz wiarygodnie; Ian McKellen w roli Gandalfa to klasa sama w sobie, a sceny z Gollumem są ponownie – jak miało to miejsce w przypadku Władcy Pierścieni – zabawne i odrażające zarazem. 

Summa summarum trzeba przyznać, że Hobbit: Niezwykła podróż wypada stanowczo gorzej na tle którejkolwiek z odsłon Władcy Pierścieni. Jednak film pomimo swoich przestojów i niepotrzebnych dłużyzn wciąga, intryguje i jestem pewien, że wytworzy wokół widza aurę wyczekiwania na kolejne odsłony. 

Ocena: 7/10 (dobry)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz