Search This Blog

Polecany post

Una mujer fantástica

A Natural Woman, czyli „Fantastyczna kobieta” Sebastiána Lelio [ZWIASTUN]

Steve Jobs

Pseudologia fantastica, czyli „Steve Jobs” Danny'ego Boyle'a.

opis filmu: Biografia Steve'a Jobsa, będącego jedną z kluczowych postaci rewolucji cyfrowej. Skupia się między innymi na kulisach wprowadzenia trzech kluczowych produktów przez firmę Apple w latach 1984-1998.

„Steve Jobs” (2015), reż. Danny Boyle


recenzja:­ Po zdecydowanie przedwczesnym i zrealizowanym naprędce „Jobsie” (2013) Joshuy Michaela Sterna, rzeczowym i rzetelnym w cyzelowaniu faktów dokumencie Alexa Gibney'a „Steve Jobs: człowiek maszyna” (2015), przyszedł czas na drugą z kolei fabułę o bufonowatym współzałożycielu Apple'a, sprzedawcy marzeń, wizjonerze, bezczelnym animatorze i złodzieju idei w jednym. „Steve Jobs” (2015) to film, którego siłę należy mierzyć przede wszystkim złożonością tekstu wyjściowego autorstwa dyżurnego „złotoustego” światowego scenopisarstwa, Aarona Sorkina. A Danny Boyle... przy bogactwie i wielopoziomowości pracy swojego scenarzysty, pozbawiony typowego dla siebie podejścia i środków wyrazu, pełni w swoim najnowszym obrazie rolę bardziej producenta (kim faktycznie jest!), niż rzeczywistego reżysera z krwi i kości.

Jobs zakładnikiem popkultury jest i basta i, siłą rzeczy, częścią współczesnej mitologii XXI wieku. W przypadku centralnej postaci filmu Boyle'a despotyczne usposobienie i natarczywe myśli kłębiące się mu pod czaszką, stawały się bodźcem do działania w imię ciągłego i niepohamowanego reinterpretowania postępu w dziedzinie technologii cyfrowej. Dzięki temu Jobs był w stanie nie tyle odpierać liczne ataki płynące z mediów, co skutecznie wyprzedzać schematyczną konkurencję. I pomimo tego, że scenariusz Sorkina nie odsłania przed widzem praktycznie żadnych nowych kart, to w sposób bardzo „zdrowy” niuansuje graną przez Michaela Fassbendera postać, oferując odbiorcy wgląd w charyzmatyczny portret osoby balansującej na granicy geniuszu i szaleństwa, nie popadając przy tym ani w przesadę, pauperyzm czy łatwą do obśmiania karykaturę.

„Steve Jobs” został podzielony na trzy segmenty jako zwiastun trzech kluczowych produktów firmy Apple, tj. Macintosh, NeXTCube (pod banderą korporacji NeXT) i iMac. Akcja filmu rozpoczyna się w roku 1984 i już na samym wstępie widz zostaje rzucony w oko cyklonu megalomańskiego usposobienia Jobsa i jego apodyktycznego stosunku względem swoich podwładnych. Wstyd się przyznać, ale obserwowanie go w akcji sprawia niesamowitą frajdę; niby obelga obelgą pogania, a groźby ścielą się gęsto, jednak... ma to wszystko pewien nieodparty urok. W niewielu dosłownie scenach widzimy go spuszczającego nieco z tonu swoich autokratycznych zapędów; dzieje się tak wtedy, gdy wchodzi w polemikę z dyrektorem generalnym firmy, Johnem Sculley'em (Jeff Daniels), szefową marketingu Joanną Hoffman (Kate Winslet) czy też z przyjacielem i współzałożycielem Apple'a, Steve'em Wozniakiem (Seth Rogen). Sytuacyjne napięcie przełamywane jest u Boyle'a przynoszącym ulgę rozprężeniem – trochę tu śmieszno, trochę straszno. Scenariusz Sorkina w sposób kompletny lawiruje między humorem a horrorem, komizmem a tragicznością położeń, przeciągając poszczególne części składowe fabuły – zarówno ekwilibrystyczne potyczki słowne, jak i bezkompromisowość i fanatyczną obsesyjność Jobsa, by rzucić sobie do nóg cały świat – w dogłębnie wciągający koncept.  

Sorkina (i Boyle'a) bardziej interesuje popkulturowy mit, którym owiana została centralna postać ich filmu, niż geneza tego, co doprowadziło do powstania owego mitu, tj. autorytarna natura Jobsa sprzężona z pełnym wachlarzem chwytów i zagrywek marketingowych mających na celu zmanipulowanie potencjalnego nabywcy; maksymalistyczne aspiracje, by stworzyć urządzenie oparte na systemie doskonałym, zamkniętym, będącym poza (lub ponad) niedoskonałością człowieka. Z jednej strony Jobs szukał osób podzielających jego graniczące z obłędem ambicje; szukał wizjonerów, wariatów, wywrotowców, by przy ich „niewielkiej” pomocy stać się nieśmiertelnym i uczynić świat czymś lepszym niż jest w rzeczywistości, z drugiej strony wiele rzeczy bardzo dobrze kamuflował, z pełnym rozmachem realizując swoją chorą politykę kontroli totalnej, by panować nad każdą myślą, która mogłaby ewentualnie znaleźć urzeczywistnienie w następnym flagowym produkcie firmy. Historia Jobsa to obłęd i mitomania w akcie tworzenia, racja i irracjonalizm, gonitwa myśli sprzężona z precyzją działania. Jobs był człowiekiem działającym na autopilocie szeroko rozumianego transhumanizmu; dobrym, ale jedynie wtedy, gdy przekraczał samego siebie, i jedynie wtedy, gdy o jego wartości decydowało to, co „sam” stworzył. A wszyscy inni, życzliwi czy też ci mniej, mogli iść do diabła.

„Steve Jobs” to precyzja, finezja i dbałość o każdy fabularny gest i detal. Sorkina (Boyle'a) nie interesuje tworzenie kolejnego sztampowego biopicu w imię kolejnego sztampowego biopicu, w zamian dostajemy coś o wiele bardziej intrygującego i pojemnego; cut-scenki z życia Jobsa w oczach innych osób, zasłyszane gdzieś historie, dziennikarską publicystykę, jak również – co najistotniejsze – pseudologiczną identyfikację i fantazmatyczną autoprojekcję wyobrażeń o sobie samym. Czyli o kim?


b a r d z o  d o b r y

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz