Search This Blog

Polecany post

Les beaux jours d'Aranjuez

Trafiając w próżnię, czyli „Piękne dni” Wima Wendersa.

Macbeth

Wizualne cacko, czyli „Makbet” Justina Kurzela.

opis filmu: Szkocki generał Makbet, za namową swojej ambitnej żony, postanawia użyć niegodziwych środków w celu zdobycia władzy i obalenia króla.

„Makbet” (2015), reż. Justin Kurzel


recenzja:­ „Makbet” (2015) Justina Kurzela to usłana wrzaskiem i wściekłością, podziwem i pogardą, ekstazą uniesień i stopniowym popadaniem w obłęd droga po władzę niesławnego tana Glamis i Kawdoru; odegrana jeden do jednego, choć nierówna (jak zresztą wszystkie adaptacje tragedii Szekspira, no może z wyjątkiem „Tragedii Makbeta” Romana Polańskiego). Fabuła filmu z jednej strony zniewala homeryckim rozmachem, z drugiej wieje nudą, kiedy tylko przechodzi do meritum. Punkt ciężkości najnowszego obrazu twórcy „Snowtown” (2011) został mocno przesunięty w stronę wierszowanego stylu sztuki Szekspira i teatralności; traci na tym dynamika tak efektownie zaakcentowana w maksymalistycznym, opisowym wręcz otwarciu filmu, przerysowanym – w klimacie „300” (2006) Zacka Snydera – dopieszczonym slow motion, zręcznym mariażem przesłon i zbliżeniami jakby wyjętymi wprost z „Gry o tron”.

„Makbet” jaki jest, każdy wie. Tragedia Szekspira została już na dziesiątki, setki, jeżeli nie tysiące sposobów przemielona przez (pop)kulturę, począwszy od desek najwybitniejszych teatrów, poprzez jarmarczno-folwarczny wodewil, na kinie porno kończąc. Pomimo ciągot w kierunku blockbusterowej formy, której reżyser próbuje hołdować, Kurzel raz po raz wraca do teatralnej poetyki, strzelistych monologów i przeszarżowanej gry mimicznej. Ekspozycyjne błyskotki w stylu Nicolasa Windinga Refna bardzo szybko tracą na jakimkolwiek znaczeniu, uniesienia aktorskie bywają, lecz tylko chwilowe, cała reszta odegrana na jednej nucie pomimo takich tuzów w obsadzie jak Fassbender i Cotillard. Deklamatorski sznyt, zapętlające się sekwencje machinalnych gestów i pustego zasępienia, do tego manieryczny styl gry tak odległy od ówczesnych kanonów aktorskich; to wszystko zlewa się w „Makbecie” z do szpiku kości mroczną, transową muzyką autorstwa brata reżysera, Jeda (dźwiękowe reminiscencje z „Valhallą: Mrocznym wojownikiem” (2009) Refna w pełni uzasadnione). Wypadkową niespecjalnie przemyślanej narracji jest obraz monotonny, skrajnie ponury i zwyczajnie beznamiętny, ale...

Summa summarum, uwspółcześnienie Szekspirowskiego „Makbeta” miało bardzo duże szanse powodzenia, by tchnąć nowego ducha w anachroniczne rama materiału wyjściowego, szczególnie po tak spektakularnym otwarciu. „Makbet” Kurzela to film, który przede wszystkim wygrywa i urzeka od strony wizualnej, technicznej i postprodukcyjnej. Chapeau bas dla autora zdjęć –  Adama Arkapawa, który z jednej strony hartuje widza poprzez statyczność minimalistycznych, chłodnych, utytłanych błotem, krwią i plwocinami kadrów, z drugiej, szczególnie w scenach batalistycznych, daje popis swojej fantazji, nadając obranej wcześniej estetyce zupełnie inny format: prześwietlony, mglisty, wręcz baśniowo-oniryczny; klimat jako synteza realizmu magicznego, „Strefy mroku” i taniego sci-fi. „Makbet” to wizualny klejnot, ekspozycyjna perła w koronie, barokowy przepych środków wizualnych, który rozkłada na łopatki treść i fabularną ekwilibrystykę – co akurat w tym filmie nie można traktować jako zarzut. Do tego fenomenalna, złowieszcza muzyka Jeda Kurzela, oddająca grozę nieuniknionego, powolnego, acz skutecznego osuwania się w mrok głównego bohatera. Pomimo nie do końca przemyślanej i nierównej narracji, obejrzeć „Makbeta” warto.


n i e z ł y

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz