Search This Blog

Polecany post

Una mujer fantástica

A Natural Woman, czyli „Fantastyczna kobieta” Sebastiána Lelio [ZWIASTUN]

Amy

„Nawet mi się tu podoba”, czyli „Amy” Asifa Kapadii.

opis filmu: Prawdziwa historia gwiazdy muzyki Amy Winehouse, która zmarła na skutek zatrucia alkoholowego w wieku 27 lat.

„Amy” (2015), reż. Asif Kapadia


recenzja: Sporo czasu minęło od ostatniego metrażu Asifa Kapadii; świetnie przyjętego, zarówno przez krytykę, jak i odbiorców, niezwykle angażującego portretu trzykrotnego mistrza świata Formuły 1 – Ayrtona Senny – człowieka, który miał do zaoferowania wiele, wiele też po sobie pozostawił, choć odszedł zdecydowanie przedwcześnie. Podobnie ma się sprawa z jego najnowszym filmem, dokumentem „Amy” (2015), w którym otrzymujemy wstrząsający, przepełniony smutkiem i niemocą wgląd w życie prywatne i sceniczne Amy Winehouse, z jednej strony piekielnie zdolnej artystki, z drugiej totalnie nieprzygotowanej na sławę i wszystkie odchylenia, jakie za sobą niosła.  

Poprzez bogactwo archiwum, jakim dysponował Kapadia przy tworzeniu „Amy”, był w stanie stworzyć kompletną, subtelnie wyważoną i, co najistotniejsze dla szerokiego odbiorcy, bardzo angażującą historię wokalistki spiętą w syntezę ze wszystkimi osobami, które znała na tyle dobrze, by móc się na tyle skutecznie przed nimi odsłonić. Kapadia skupia się głównie na obrazach z początku kariery, jej jazzowych inspiracjach, stanowiących kościec debiutanckiego albumu „Frank”, kończąc na drugim i finalnym albumie „Back to Black” – oraz niezwykle ekstensywnym światowym tournée promującym płytę. Kapadia poddaje rewizji wszystko to, co przyczyniło się, bądź przyczynić się mogło do jej przedwczesnego, tragicznego końca, i podobnie jak miało to miejsce przy tworzeniu „Senny”, podchodzi do tematu na chłodno, bez spiżowo-granitowego zadęcia, rezygnując z „gadających głów” na rzecz „off-u”, kładąc tym samym szczególny nacisk na najważniejszą, centralną postać swojego biopicu.

Choć i tak „Amy” zyskuje najwięcej wtedy, kiedy reżyser pozwala swojej bohaterce mówić za siebie; widzimy ją na scenie wykonującą swoje numery opatrzone złowieszczo proroczymi, jak się okaże z perspektywy czasu, tekstami własnego autorstwa. Jej talent, nieprawdopodobna wręcz jak na swój wiek charyzma i świadomość sceniczna sprzężona zostaje u Kapadii z chronicznym spleenem wokalistki, względem świata i otaczających ją ludzi, ale i poczuciem pustki i przewlekłego niespełnienia. Sława w przypadku Amy Winehouse przybrała dramatyczny obrót, i pomimo tego, że reżyser często, choć subtelnie i z wyczuciem, sugeruje, że były w otoczeniu wokalistki osoby na tyle „wpływowe”, które miały szanse ukrócić jej autodestruktywne zapędy, to nigdy nie otrzymała wymaganego wsparcia, zarówno w zmaganiu z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków, ale i w osamotnionej walce z bulimią. Nie trudno zauważyć, dlaczego postawa ojca Amy, Mitchella, była aż tak defensywna; zarówno on, jak i Blake Fielder (miłosna fascynacja artystki) windowali się na plecach jej niebotycznego sukcesu, rozgrywając jednocześnie za jej plecami swoje własne egoistyczne cele. Kapadia rysuje postać Amy jako zabawkę w rękach bogów, której los zdawał się być z góry przesądzony.

Kontrowersje kontrowersjami, jednak to, co sprawia, że „Amy” można plasować znacznie wyżej względem podobnych dokumentów muzycznych, to fakt, że Kapadia unika łatwego ferowania wyroków – referuje wydarzenia, układając je w przyczynowo-skutkowe pochody obrazów, które mimo wszystko spychają wszelkiego rodzaju antagonizmy na drugi plan. To, co wypływa na powierzchnię, to geniusz Amy Winehouse, z idiosynkrazją jej wokalu i niezwykłym czuciem formy i treści; może artystki niekoniecznie świadomej ciemnych machinacji rozgrywających się za jej plecami, jednak pozostającą – do końca – autentycznie szczerą w krwiożerczym świecie show-biznesu, przeżartym hajcem, medialną „bajerą” i PR-owymi bzdetami. 

Jest jedna taka scena w dokumencie Kapadii, która szczególnie chwyta za gardło. Widzimy Blake’a filmującego Amy. Droczy się z nią, by ta zaśpiewała (specjalnie do ich prywatnego archiwum) nową, uaktualnioną wersję swojego największego hitu, utworu „Rehab” (utworu o tym, jak wokalistka odmówiła udania się na kurację odwykową dla alkoholików, do której namawiali ją jej ówczesny menedżer i wytwórnia). W momencie, kiedy Blake filmuje to, co filmuje, oboje są na odwyku. Nagle z ekranu dociera do nas pozbawiona jakiejkolwiek wiary w powodzenie czegokolwiek, kompletnie bezwładna i przepełniona rezygnacją odpowiedź ze strony Amy – „nawet mi się tu podoba”. 


b a r d z o  d o b r y

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz