Search This Blog

Polecany post

Les beaux jours d'Aranjuez

Trafiając w próżnię, czyli „Piękne dni” Wima Wendersa.

La jaula de oro

Słodkiego, miłego życia, czyli „Złota klatka” Diego Quemada-Dieza.

zarys fabuły: Sara, nastolatka z Gwatemali, wyrusza w niebezpieczną podróż do Los Angeles w poszukiwaniu lepszego życia.

„Złota klatka” (2013), reż. Diego Quemada-Diez


recenzja: Debiut Diego Quemada-Dieza – „Złota klatka” (2013) – to historia trójki nastolatków z Gwatemali – Juana, Sary i Samuela – którzy postanawiają opuścić kraj i wyruszyć w podróż życia, tego lepszego. Ich celem są Stany Zjednoczone, a konkretnie spełnienie swojego „american dream”. I pomimo tego, że w umysłach amerykanów mit o jego spełnieniu, cały misternie konstruowany i funkcjonujący w umysłach ogółu etos wypełniony szlachetnymi hasłami równości, wolności i zbijania kokosów, dawno prysł, to w świadomości biednej i często uciśnionej ludności Ameryki Południowej wydaje się być nadal żywy i aktualny.

W przypadku debiutu Quemada-Dieza tytuł narzuca konwencję i nadaje ton całemu filmowi, w którym piękno statycznych, pięknie wystylizowanych, dopracowanych w każdym szczególe kadrów, „gryzie się” z trudnościami i masą niebezpieczeństw, na jakie natrafiają podczas swojej ucieczki. I nie chodzi tutaj o policję czy służby graniczne, ale przede wszystkim o nieprzebierające w środkach lokalne gangi, dla których sumienie to czysta abstrakcja, a nielegalna imigracja – czysty biznes. Juana, Sary (Karen Martínez), Samuela (Carlos Chajon), czy Chauka (Rodolfo Domínguez), Indiania, który dołącza do grupy uciekinierów, nie spotyka nic dobrego, a każda kolejna scena nie zwiastuje niczego, co mogłoby choć w najmniejszym stopniu wpłynąć na odmianę ich losu. To postaci zamknięte w tytułowej złotej klatce, w więzieniu amerykańskiego snu, którego nigdy nie zrealizują. Pesymistyczny wydźwięk filmu dodatkowo wzmacnia fakt, że reżyser nie ma niczego do zaoferowania względem swoich bohaterów, nie trzyma asa w rękawie, nie spuści na linach boga z maszyny. A nawet jeśli, to jedynie po to, by w miarę szybko ukrócić ich męczarnię i pozbawić mrzonek co do celowości poczynań. Nawet ulotne przebłyski zwykłej ludzkiej dobroci (ksiądz oferujący schronienie i prowiant, rolnicy – owoce) zostają zduszone w zarodku, zmiażdżone w sposób brutalny przez bestialstwo i dzicz bezwzględnego otoczenia.      

Debiut Quemada-Dieza nie jest filmem łatwym w odbiorze. Reżyser trzyma widza na dystans; izoluje go od kontekstu (osób, miejsc i faktów z przeszłości swoich bohaterów), który wpłynąłby lepiej na odbiór niektórych wątków ledwie zarysowanych w filmie. Warto nadmienić, że przy tworzeniu „Złotej klatki” reżyser zatrudnił wyłącznie naturszczyków, co z jednej strony wzmacnia naturalistyczną dosłowność scen – kosztem emocjonalności. Film nie unika klisz (obserwowanie Sary i Chauka uczących się nawzajem swoich języków ojczystych i, jako wypadkowa tego, rodzące się między nimi uczucie, to wszystko trąci sztampą i ograniem), a wtrącane często-gęsto elipsy bardziej dezorientują niż tłumaczą. Co więcej, Sara – jedynie prawdziwie świadoma postać dramatu Dieza – i jej barwy ochronne (dziewczyna, biorąc poprawkę na zagrożenia, które mogą czyhać na nią podczas ucieczki, ścina włosy, obwiązuje piersi bandażem, łyka tabletki antykoncepcyjne i nadaje sobie imię Osvaldo), ciekawy skądinąd motyw, nagminnie ignorowany przez reżysera, zostaje podjęty dopiero wtedy, kiedy może przysłużyć się „popchnięciu” historii do przodu lub jako fabularny twist.

„Złota klatka” traci w porównaniu z inną głośną produkcją ostatnich lat, poruszającą zbliżoną problematykę, co film Dieza – „Ucieczką z piekła” (2009) Cary'ego Fukunagi. Jednak nie można powiedzieć, że film jest słaby. To kawał solidnie zrealizowanego kina społecznego, które daje do myślenia; angażuje, choć bez fajerwerków, ale jednak – w sposób namacalny ukazując trudy „nielegalnego życia”, które rzadko kiedy zostają nagrodzone spełnieniem. 


d o b r y

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz